15 sie 2015

XXXII

                Przebrała się w ciemny strój, który nie ograniczał jej ruchów. Na przedramiona Założyła twarde ochraniacze, a na dłonie rękawiczki. Podeszła do stolika i po kolei mocowała na swoim ciele różnego rodzaju bronie. Nie omijała żadnego miejsca, które mogło posłużyć za skrytkę dla małego ostrza, czy pojemnika z gazem łzawiącym. Resztę włożyła do plecaka. Wiedziała, że prędzej czy później będzie musiała go porzucić, tak więc dopilnowała, by nie znalazło się tam nic, co mogłoby przysłużyć się komuś innemu. Następnie chwyciła w rękę bluzę z kapturem i narzuciła ją na siebie.
                Gdy wyszła z pokoju, lokaj już na nią czekał. Nie odzywał się. Patrzył na nią tylko z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Chciała już go minąć, lecz nagła myśl przyszła jej do głowy i stanęła tuż przed mężczyzną.
                - Jeśli zrobisz cokolwiek, by mi przeszkodzić, wejdziesz w drogę lub zawahasz się choćby sekundę, gdy wydam ci jakiś rozkaz, to gorzko tego pożałujesz – powiedziała cicho, a w jej głosie słychać było groźbę. Nie zamierzała dopuścić do jakiejkolwiek niesubordynacji. Nie dzisiaj.
                - Tak, moja pani – skłonił się przyłożywszy rękę do piersi.
                Patrzyła na niego przez chwilę, szukając jakiejkolwiek iskry w oczach, cienia uśmiechu, które oznaczałyby, że ma jakiś plan, lecz niczego takiego nie znalazła. Wręcz przeciwnie. Demon wydawał jej się wręcz przygnębiony. Z cichym westchnieniem wepchnęła mu torbę w ręce i zeszła na dół po schodach.

                Jechali w milczeniu. Sebastian prowadził samochód w bezcielesną ciemność. Dawno minęli ostatnie budynki świadczące, że znajdują się w pobliżu miasta. Reflektory też były wyłączone. Nie chcieli, by ich zauważono; w promieniu kilometra od budynku, w którym przetrzymuje się dzieci, znajdują się czujniki i kamery. Jego nadludzki wzrok pozwalał mu lawirować pojazdem po wąskiej ścieżce, bez obaw, że wpadną na drzewo.
                Lokaj co chwilę zerkał na swoją panią, ta jednak uparcie nie odwracała się w jego stronę i patrzyła w otaczający ich mrok. Nie wyczuwał od niej strachu. W powietrzu za to dawało się wyczuć ekscytację, żądzę krwi i coś jeszcze…  Coś, czego nie umiał jednoznacznie określić.  To go niepokoiło, jednak nic nie mógł z tym zrobić.
                Po około godzinie, zatrzymali się. Nic w otoczeniu nie sprawiało wrażenia, że są blisko celu, jednak oboje bez słowa wysiedli i zaczęli się szykować do akcji. Podał dziewczynie plecak, uprzednio wyjąwszy białą maskę. Mai przez chwilę stała nieruchomo, wpatrując się w nią, a potem przeniosła wzrok na niego. Jej oczy zdawały się ciemniejsze, bardziej matowe niż zwykle. Przyjrzał jej się dokładniej. Jej jasna twarz i opuszki palców były jedynymi jasnymi punktami, odznaczającymi się na tle drzew. Pozornie była rozluźniona, jednak widział jej napięte mięśnie karku i pleców. Oddychała spokojnie, jednak puls miała lekko przyspieszony.
                - Pani…? – zaczął niepewnie. Nie odpowiedziała. – Czyżbyś się stresowała? – zdecydował się zażartować, by się ocknęła.
                Udało się. Uniosła pytająco brew.
                - Nie wyobrażaj sobie zbyt wiele. Czekałam na ten dzień zbyt długo.
                - Więc co się stało?
                Wpatrywała się w niego przez chwilę.
                - Nic wartego zainteresowania… Chodźmy – z tymi słowami założyła maskę i ruszyła w mrok.
                Od razu podążył za nią. Nie skupiał się jednak na zadaniu. Głowę zaprzątał mu teraz powód, przez który patrzyła na niego w ten sposób…

                Byli coraz bliżej. Z lokajem przy boku bez trudu ominęli wszystkie czujniki i pułapki. Ostatni kawałek lasu był o wiele gęstszy niż ten, który mijali chwilę wcześniej. Jakby drzewa chciały ukryć swój sekret przed niechcianymi oczami…
                Jakby na potwierdzenie jej przypuszczeń, przed ich oczami wyrósł niski, niepozorny budynek. Wyglądał jak dawno opuszczony bunkier. Miał powybijane okna, wyłamane drzwi i zawaloną jedną ścianę. Wyglądał prawie identycznie jak ten, który zniszczyła trzy lata temu.
                „Już prawie…” pomyślała i zaczęła się skradać wzdłuż ściany. Nie oglądała się za siebie. Wiedziała, że demon potrafi ukryć swoją obecność o wiele lepiej niż ona.
                Nagle zamarła. Kroki. W budynku ktoś był. Nasłuchiwała. Ten ktoś chodził w tę i z powrotem. Nie odzywał się, a po chrzęście gruzu domyśliła się, że to mężczyzna w ciężkich butach. Czujka. Szybko wyliczyła w głowie co i kiedy ma zrobić, by nie zdążył zaalarmować innych. Czekała cierpliwie, aż się do niej zbliży, jednocześnie wyciągając sztylet z pochwy przy pasku. Gdy odwrócił się na pięcie, wyskoczyła z ukrycia. Zasłoniła mu usta, by nie wydał żadnego dźwięku i jednym szybkim ruchem poderżnęła mu gardło. Rękę wzięła dopiero wtedy, gdy ustały drgawki. Wtedy odwróciła ofiarę na plecy. Przeszukała szybko kieszenie. Znalazła pęczek kluczy i kartę magnetyczną. Wzięła je wraz z pistoletem, który wypadł mężczyźnie z ręki, gdy go zabijała.
                Gdy wstała, poczuła mrowienie na karku.
                - Idziemy dalej – mruknęła cicho, idąc w głąb budynku.
                - Tak, pani – odparł lokaj i ruszył za nią.
                Przeszukiwała wzrokiem ściany, szukając jakiejkolwiek nieprawidłowości; ukrytych drzwi, czujników, czy zapadni. Po kilku minutach znalazła to, czego szukała: fuga między cegłami była wykruszona tworząc prostokąt wielkości dorosłego człowieka. Zaczęła szukać jakiegoś otworu lub obluzowanego kawałka ściany. Jednak nigdzie nie mogła go znaleźć.
                Czas uciekał. Zmarszczyła sfrustrowana brwi. Po dłuższej chwili westchnęła ciężko i cofnęła się.
                - Otwórz to – rozkazała Sebastianowi, który cały czas trzymał się z tyłu, obserwując każdy jej ruch.
                Teraz podszedł bliżej i położył dłoń na ścianie. Biała rękawiczka dziwnie kontrastowała z  brudną szarością budynku. Nagle rozległ się trzask i cegły opadły na ziemię, odsłaniając nowoczesne drzwi windy. Z boku znajdował się czytnik na kartę. Bez chwili wahania wyjęła tą, którą zabrała strażnikowi i przyłożyła ją do panelu. Rozległo się ciche piknięcie i drzwi rozsunęły się z sykiem.
                Mai zerknęła do środka, by sprawdzić, czy nie ma żadnych pułapek i przekroczyła próg. Demon wszedł zaraz za nią. Był tylko jeden przycisk. Wcisnęła go i kabina zaczęła jechać w dół. Dziewczyna wyjęła pistolet i odbezpieczyła go, przekładając sztylet do lewej ręki.
                - Kryj mnie – powiedziała do kamerdynera, gdy poczuła, że zwalniają.  
                Na zewnątrz stali dwaj mężczyźni. Gdy ich zobaczyli, wycelowali broń i zaczęli strzelać. Jednak żadna kula jej nie dosięgła. W osłupieniu patrzyli jak uśmiechnięty lokaj wypuszcza z dłoni wszystkie pociski. Nie zdążyli jednak zareagować, gdyż oboje upadli martwi na ziemię z przestrzelonymi głowami. Bez słowa ruszyli dalej korytarzem, masakrując kolejnych ochroniarzy. W końcu dobiegły ich krzyki i wiwaty.
                Czarnowłosa uchyliła lekko drzwi, zza których dobiegał hałas. Jej oczom ukazał się dobrze znany widok. Pokój z wysokim sufitem i szarych ścianach. Okrągłe betonowe zniesienie bez ogrodzenia otoczone krzesłami obitymi w czerwony zamsz. Prawie całe pomieszczenie zapełnione było ludźmi na tyle zepsutymi i z wystarczającą ilością pieniędzy, by pozwolić sobie na takie widowisko. Wrzeszczeli i machali pięściami, patrząc jak na oko dwunastoletnia dziewczynka rzuca się z nożem na parę lat od siebie młodszego chłopca. Widziała jej puste, pozbawione nadziei i chęci do życia spojrzenie. Widziała takich aż nadto, gdy sama dzieliła jej los.
                Zmarszczyła nos z obrzydzenia. Najchętniej zarżnęłaby każdego z tych zwierząt z osobna za to, co robią dzieciom.
                - Pani? – usłyszała cichy głos tuż obok swojej twarzy.
                Zamarła. Chciała rzucić mu ostrzegawcze spojrzenie, jednak zza maski nic nie było widać.
                - Co? – syknęła.
                - Zbliża się do nas uzbrojony mężczyzna – odparł spokojnie.
                - Zabij – powiedziała beznamiętnie, wracając do obserwowania tłumu. Nie zwracała jednak uwagi na napalonych mężczyzn, czy bukmacherów przechadzających się między siedzeniami i zbierających zakłady. Szukała konkretnej twarzy.
                - Tak, pani – usłyszała, że się uśmiecha, jednak nie odpowiedziała.
                Chwilę później usłyszała cichą rozmowę, a zaraz potem odgłos upadającego ciała.
                - Pilnuj, by nikt nam nie przeszkodził – mruknęła pod nosem, widząc, że ją usłyszy.
                Po kilku minutach, które ciągnęły się w nieskończoność znalazła go. Mężczyznę, który tym wszystkim zarządza. Pamiętała go z czasu, kiedy zaczynała ostro trenować.

                Wysoki, przystojny, około trzydziestoletni mężczyzna przechadzał się między klatkami, przyglądając się uwięzionym w nich dzieciom, co jakiś czas kiwając w milczeniu głową. Jego nieskazitelnie biały, drogi garnitur wydawał się kompletnie nie na miejscu w tym brudnym, śmierdzącym miejscu. Obok niego szli ludzie przydzieleni do tej siedziby. To oni ich karmili, bili, wyprowadzali ich na ring i w razie potrzeby zabijali. Obserwowała w milczeniu jak się przed nim płaszczą. Jego długie, zaczesane do tyłu blond włosy odbijały światło jarzeniówek, przyciągając uwagę.
                Patrzyła jak się zbliża, nie zatrzymując na dłużej wzroku na żadnej z mizernych, brudnych postaci. Wszyscy, bez wyjątków odwracali wzrok i kulili się po kątach. Trzech chłopaków i dziewczyna, którzy byli ze nią zamknięci, również zwinęli się w kłębki, jakby chcieli zniknąć. Tylko ona siedziała luźno oparta o kraty, wyciągając nogi do przodu.
                Na ten widok mężczyzna zatrzymał się tuż przed dziewczyną. Stał po jej lewej stronie, patrząc z góry. Bez słowa wpatrywała się w jego hipnotyzująco niebieskie oczy. Wtedy jeden z ich „oprawców”, jak nazywały pracowników budynku dzieci, kopnął ją z całej siły w kręgosłup. Nawet nie drgnęła.
                - Jak śmiesz patrzeć na pana Smith’a, ty mała…!  - zamierzał uderzyć ponownie, jednak Smith go powstrzymał.
                - Kim ona jest? – spytał, gdy ponownie na niego spojrzała.
                - Ekhem… to Mai, proszę pana. Obecna mistrzyni.
                - Mai? – spytał zaskoczony, patrząc na mężczyznę, który to powiedział.
                Potem ponownie przeniósł wzrok na nią. Tym razem na jego twarzy malowała się ciekawość.
                - A więc to ty jesteś tą sławną mistrzynią… jak długo tu jest? – zwrócił się do oprawcy.
                - Dziesięć miesięcy – odpowiedziała wyraźnie.
                Smith zaskoczony spojrzał na dziewczynę.
                - Nikt cię nie pytał… - osobnik, który poprzednio ją kopnął zamierzył się do ciosu, jednak blondyn ponownie go powstrzymał. – Proszę pana, ona… - zaczął, ale nikt go nie słuchał.
                - Dobrze się trzymasz jak na tak długi staż. Powiedz mi, jak podoba ci się mój świat?
                Piętnastolatka uśmiechnęła się szeroko, odsłaniając śnieżnobiałe zęby, które nie zżółkły ani nie osłabły jak u innych dzieci.
                - Twój świat? To nie jest twój świat.
                - W takim razie czyj? – zapytał Smith spokojnie.
                - Może kiedyś ci powiem. Jeśli wyjdę z tej klatki – puknęła palcem w kratę.
                Mężczyzna zaśmiał się cicho.
                - Ciekawe, nie powiem.
                - Proszę o wybaczenie. Musiała zwariować. Dopilnujemy, by ją odpowiednio ukarano…
                - Nie trzeba – uciął. -  Chciałbym kiedyś zobaczyć jak walczysz, mała. Do zobaczenia.
                To mówiąc odszedł. To był nie ostatni raz, kiedy go widziała, jednak nigdy więcej z nim nie rozmawiała. Zawsze przyglądał mi się z daleka. Jednak ani razu nie zauważyła go na trybunach podczas walki.


                Teraz widząc go, wezbrała w niej wściekłość. Prawie w ogóle się nie zmienił. Włosy zaczesywał do tyłu w ten sam sposób, w jego oczach widać było ten sam, niezdrowy błysk. Jedyną różnicą były ledwo widoczne zmarszczki wokół oczu, świadczące, że często się uśmiechał. Wygięła usta w drapieżnym uśmiechu. Nareszcie.


~~*~~

                 Przeprazam, że tak późno, ale blogger odmówił mi posłuszeństwa x.x Mam za to nadzieję, że rozdział Was nie rozczarował ^^  
Miło jest po dłuższej nieobecności siąść do Worda i po prostu pisać. Myślę, że Was niedługo mocno zaskoczę i nie mogę się doczekać komentarzy na ten temat ^^

Pozdrawiam i do napisania! :D  

29 lip 2015

XXXI

                - Nie pozwalasz sobie na zbyt wiele? – spytała cicho.
                Zimny ton głosu jasno dawał do zrozumienia, że nie podoba jej się ta sytuacja. Czuła się osaczona, a to, że jego twarz oddalona była tylko o parę centymetrów, nie polepszało sprawy. Serce waliło jej jak oszalałe. Wiedziała, że lokaj to słyszy.
                - Ależ skąd, pani. Chcę tylko godnie wypełniać moje obowiązki… - szepnął.
                - Przestań się ze mną bawić! – warknęła w odpowiedzi.
                Dźgnęła go palcem w pierś i przybliżyła się tak, że praktycznie stykali się nosami.
                - Jesteś zwykłym, odrażającym demonem, który myśli, że wszystko mu wolno. Otóż nie. Dopóki nasz kontrakt obowiązuje, to TY jesteś moją zabawką. Tak więc zachowuj się tak, jak wiernemu słudze przystoi i siedź na tyłku, dopóki ja nie powiem, że możesz się ruszyć. Jeśli mi się to nie spodoba, to nie kiwniesz nawet palcem. Jak sam to uparcie powtarzasz, jestem twoją panią, a ty moją własnością. Nie zapominaj o tym.

                Kiedy to mówiła, jej rysy stwardniały. Była zła. To sprawiło, że uśmiechnął się lekko. W końcu. Nareszcie reakcja, jakiej oczekiwał. Jej słowa zaś sprawiły, że po plecach przebiegł mu zimny dreszcz. Widział tylko jej piękne, rozzłoszczone oczy. Nabrał przemożonej ochoty, by ją pocałować. Jednak powstrzymał się po chwili namysłu. Nie tu. Nie teraz.
                - Cieszę się, że wróciła panienka do normalności – powiedział, odsuwając się lekko. Z uśmiechem przyłożył rękę do piersi i pochylił głowę.

                Jego zachowanie zbiło ją z tropu. To był jakiś test? Czy próbował po prostu zmienić jej nastrój?
                Wpatrywała się w niego intensywnie. Mroczna aura zniknęła, a oczy kamerdynera wróciły do swojej pierwotnej, czerwonobrązowej barwy.  Czyli miała rację. Drażnił się z nią, by się na nim wyładowała.
                Po chwili przykryła dłonią oczy i pokręciła głową wzdychając.
                - Coś nie tak, pani? – usłyszała.
                - Tak. Jesteś niemożliwy – wzięła rękę i rzuciła mu rozbawione spojrzenie.
                - Do usług – pokłonił się.
                - Nawet nie próbuj tego powtarzać.   
                - Jak sobie panienka życzy – powiedział niby poważnym tonem, jednak na jego twarzy błądził uśmiech.
                Dziewczyna prychnęła cicho. Nagle przypomniała sobie coś ważnego.
                - Kupiłeś rzeczy z listy, którą ci dałam?
                - Oczywiście, panienko. Wszystko czeka na panienkę w sypialni.
                - Dobrze.
                - Chciałbym jednak, by panienka zajęła się tym po obiedzie. Będzie gotowy za dziesięć minut.
                - Niech będzie.
                Z tymi słowami ruszyła do wyjścia. Stanęła jednak w progu.
                - Sebastian? – odezwała się cicho, nie odwracając się.
                - Tak, panienko?
                - Dziękuję – dodała po chwili wahania i ruszyła do siebie.

                Przez resztę dnia nie mieli okazji porozmawiać. Mai ładowała po kolei broń i kładła je na łóżku lub wkładała do torby. Przyszykowała wszystko, co będzie jej potrzebne.
                Gdy skończyła, bazgrała coś w bloku, co chwilę zerkając na zegarek. Po dłuższej chwili zauważyła, że bezwiednie narysowała kruka z rozłożonymi skrzydłami. W zamyśleniu przejechała palcem po jednym z nich, lekko rozmazując węgiel. Westchnęła. Odłożyła szkicownik i położyła się na plecach. Włosy zwisały jej ponad krawędzią łóżka, luźno układając się na podłodze. Chciała oddalić się myślami od dzisiejszej nocy, jednak zamiast tego przychodziła jej do głowy tylko jedna rzecz. A właściwie to osoba.
                Nie walczyła z tym i pozwoliła obrazom płynąć. Przed oczami przewijały się różne sceny z jej życia. Cofała się coraz bardziej wstecz, widząc ciągle tą samą twarz. Wtedy przypomniała sobie Ich początki.

                - Zostaw mnie – powiedziała odsuwając się od demona.
                - Ale panienka ledwo trzyma się na nogach. Muszę panienkę zanieść w bezpieczne miejsce i opatrzyć.
                - To może poczekać – odparła i zaczęła powoli kuśtykać między trupami. Przyglądała się każdej mijanej twarzy, teraz wykrzywionych przez przerażenie.
                - Zabiłeś wszystkich? – spytała cicho.
                - Tak, jak panienka rozkazała.
                - Dobrze – mruknęła, nie zwracając uwagi na lekko zaskoczone spojrzenie nowego sługi. – Uwolnij wszystkie dzieci.
                - Mam je zaprowadzić do ich rodzin? – spytał.
                - Nie, poprowadź je na granice miasta. Niech znajdzie je policja. Wtopię się w tłum.
                - Tak, moja pani – skłonił się nisko, uśmiechając się z satysfakcją.
                - Jak się nazywasz? – spytała po chwili.
                - Będę z godnością nosił imię, jakie mi nadasz.
                - Wybierz sam. Nie jesteś moim psem – burknęła w odpowiedzi.
                - W takim razie, od dziś zwę się Sebastian Michaelis.



~*~

                - Mówiłam ci, byś mnie nie dotykał – warknęła cicho, gwałtownie zabierając rękę.
                - Gdyby panienka nie dotknęła gorącego garnka, nie musiałbym panienki opatrywać – odparł uprzejmie, z lekkim uśmiechem.
                - Daruj sobie tą ironię, zrozumiałam – burknęła i podała mu dłoń.
                Wzdrygała się za każdym razem, gdy czuła chłodny materiał jego rękawiczek na skórze.
                - Gotowe – odezwał się po chwili.
                - Dziękuję – wymamrotała pod nosem.
                - Zawsze do usług – jego szeroki uśmiech sprawił, że się skrzywiła.
                - Nie męczy cię to ciągłe bieganie za ludźmi?
                - Co ma panienka na myśli.
                - To, że w porównaniu do ciebie, wszyscy ludzie są słabi, beznadziejni i głupi. To, co dla ciebie jest błahostką, dla takich istot jak ja jest niemożliwe. To wygląda tak, jakbym ja miała służyć mrówce.
                - Ciekawa porównanie – zachichotał. – Odpowiedź brzmi: nie. Nie męczy mnie to. Mimo swoim dość nędznym możliwościom, część ludzi ma w sobie coś, czego nie mogę zrozumieć. Z każdym wiekiem dowiaduję się czegoś innego, patrząc, jak świat staje się waszym królestwem. Poza tym, każda dusza, którą pielęgnuję, jest nagrodą wartą wszelkiego zachodu.
                - Hmm… czyli rozumiem, że zrobisz dosłownie wszystko, będziesz się płaszczył przed największą ofermą, by potem dostać trofeum, które sam kształtowałeś.
                - Można tak to ująć.
                - Rozumiem. W takim razie nie zawiodę cię, demonie.
                - Wiem, pani. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości.


~*~


                - Proszę – powiedział, podając jej wilgotny ręcznik. Wzięła go i wytarła zakrwawione ręce. Obejrzała się za siebie, krzywiąc z obrzydzeniem.
                - Żałosne.
                - Nie brzydzi się panienka tego? Mogłaby panienka mi zlecać podobne zlecenia.
                - Nie trzeba. To moja zemsta, więc sama będę do niej dążyć. Bez względu na przelaną krew, czy odebrane życia. Wiem, jaki koniec mnie czeka, więc nic mnie nie powstrzymuje.
                - Rozumiem… w takim razie, będę kroczyć u twego boku, aż do tego czasu – uśmiechnął się drapieżnie.


~*~


                - Pani? Czas się szykować – nagle rozległ się cichy głos.

                Szybko wstała i spojrzała na zegarek. Nareszcie.

~~*~~ 

                 Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu! :D
Jutro wyjeżdżam i nie będzie mnie 12 dni, więc rozdział będzie później. Nie chcę dodawać z automatu takich kawałków xD  Tak więc proszę, czekajcie na mnie i nie znienawidźcie za kolejny koniec i niespełnione miłostki :*


                 Do napisania! 

24 lip 2015

XXX

                - … dziwnego? – spytał zaciekawiony. Zwykle jeśli cokolwiek śniło się jego pani, były to koszmary.
                - Tak – ucięła.
                Lokaj przez chwilę wpatrywał się w dziewczynę zainteresowany. Potem jednak wstał, skłonił się i wyszedł, by przygotować jej lekką kolację. Cały czas jednak próbował wymyślić, co za sen doprowadził dziewiętnastolatkę do takiego stanu.

                Wypuściła głośno powietrze ustami. Udało się. Choć wiedziała, że ciekawość demona nie pozwoli mu zapomnieć o jej zachowaniu, to poczuła ulgę, że nie drążył tematu. Gdyby tylko zapytał, zapewne przed oczami stanąłby jej obraz ze snu, czego nie chciała. Nie wiedziałaby jak zareaguje.
                Potrząsnęła lekko głową i poklepała się mocno w policzki, by sprowadzić myśli na ziemię. To się wymyka spod kontroli. Zerknęła przez okno na powoli ciemniejące niebo. Chciała, by nastała już kolejna noc. Wtedy nie musiałaby się już niczym martwić. Westchnęła. Nie ma tak dobrze.
                Jako że stół był zajęty przez broń, Mai przeszła do swojego biura. Usiadła na krześle i sięgnęła po otwartą książkę, która leżała na biurku. 
                - O Panie, zakryj mi oczy! O Panie, zakryj mą twarz! Schowaj mnie w dłoniach lub rzuć w wieczność cierpienia… Otul mą duszę! Otul me serce lub dziś jeszcze je wyrwij. Nie znana Twa wola… - wydawało się, że szeptane słowa odbijały się od ścian pokoju i wracały do niej.
                Przerzuciła kilka stron oszołomiona. Na każdej stronie znajdował się jeden wiersz. Spojrzała na ostatni wpis.
                -  Może kiedyś przyjdzie taki dzień, że przestanę wspominać utracone dni. Może kiedyś przyjdzie taki dzień, że będę mogła spojrzeć ci w oczy. Może kiedyś przyjdzie taki dzień, że przestanę o tobie śnić. Może kiedyś przyjdzie taki dzień, że miłość odejdzie. Może kiedyś przyjdzie taki dzień, że będę się uśmiechać. Może kiedyś przyjdzie taki dzień, że będę się cieszyć życiem. Może kiedyś przyjdzie ten dzień i w końcu będę szczęśliwa.

                Skąd…? Zamknęła gwałtownie książkę, a właściwie zeszyt. Skąd to się tu wzięło?! To nie miało prawa istnieć. Nigdy ich nie spisała. Nieświadomie gniotła kartki. Rozejrzała się dookoła. Jej wzrok zatrzymał się na kominku. Szybko wstała i podeszła do niego. Odkręciła kurek z gazem i podpaliła go. Cieszyła się, że kazała Sebastianowi wymienić piec na nowy. W jednej chwili buchnął gorący ogień. Po chwili wrzuciła do niego pomięty rękopis. Patrzyła jak strony czernieją i kurczą się, jednak niepokój nie zniknął. Czy on…?
                - Pani? – rozległ się cichy, melodyjny głos.

                Kamerdyner przyglądał się jej przez chwilę. Zawołana, odwróciła się powoli i spojrzała na niego. Zamarł zobaczywszy wyraz jej oczu. Po raz pierwszy widział w jej oczach taką mieszankę strachu i gniewu.
                - Co się stało…? – spytał odkładając tacę z jedzeniem na blat i podchodząc do kominka.
                Czarnowłosa cały czas na niego patrzyła, a on nie mógł oderwać od niej wzroku.  W pomieszczeniu panowała pełna napięcia cisza, którą co jakiś czas przerywało trzaskanie ognia w kominku.
                - Może kiedyś przyjdzie taki dzień… - powiedziała cicho, wpatrując się w niego intensywnie. 
                Przekręcił głowę na bok.
                - Słucham?
                Po kolejnej długiej chwili, Mai odwróciła się, ponownie patrząc w ogień.
                - Nieważne… nieważne… - szepnęła i podeszła do biurka, by opaść ciężko na krzesło.
                Zakryła dłońmi twarz, więc nie widział jej miny, jednak atmosfera znacznie się rozluźniła.
                - Panienko…? – mruknął zagubiony. Zachowywała się co najmniej dziwnie.
                - A już myślałam… - zdawała się go nie słyszeć. – Ale jednak ktoś to napisał…
                - Przepraszam, że przeszkadzam, ale mogę wiedzieć, co się stało? – uniósł głos, zirytowany.
                Nigdy nie była wylewna, jednak przez ostatnie parę miesięcy ukrywała przed nim każdą błahostkę. Zaczynał mieć tego dosyć.
                - Nie irytuj się tak – powiedziała niby poważnie, jednak wyczuł w jej głosie nutę kpiny. – To ciebie nie dotyczy.
                - Wszystko, co dotyczy mojej pani, dotyczy również mnie – skłonił się, jednak w środku gorzał w nim gniew.
                - Tak, tak. Do jutra. Możesz już iść – na jej twarz powróciła zimna maska.
                Jeszcze raz się pokłonił i wyszedł szybkim krokiem z pomieszczenia.
                - Lepiej będzie kiedy mnie znienawidzisz… - dotarło do jego uszu, nie był jednak pewien, czy obie tego nie wyobraził.

                Dziewczyna odchyliła się na oparcie i westchnęła cicho. Nagle przypomniała sobie o rzeczach, które kazała kupić lokajowi. Po chwili jednak uspokoiła się. To oczywiste, że wykonał zadanie. Jak zwykle… Poczuła uścisk w piersi. Już niedługo.

~*~

                Dochodziła godzina dziewiąta. Jak na siebie spała wyjątkowo długo, jednak chciała się napawać ostatnim snem. Dzisiaj w nocy wszystko się rozstrzygnie. Czekała na to trzy długie lata. Trzy lata poszukiwań, udawania i ukrywania emocji. W końcu nadchodzi tego kres.
                Wtedy rozległo się pukanie do drzwi, przerywając jej rozmyślania.
                - Przyniosłem panience śniadanie – oznajmił Sebastian, wchodząc do środka. Nie skomentował tego, że wciąż leżała w łóżku. Po prostu położył tacę na stoliku nocnym, ukłonił się i wyszedł.
                - Więc plan się powiódł – uśmiechnęła się smutno do siebie.
                Jeśli jeszcze dzisiaj miała zginąć, to wolała, by do tego czasu demon ją znienawidził. Widać było, że nadal złości o jej wczorajsze zachowanie, jednak tak było lepiej. Musiała tylko odpowiednio ten gniew ukierunkować. Wgryzła się w słodką bułkę i spojrzała na rzędy wypolerowanej broni, leżącej na stole. Poczuła ekscytację. Z nieco lepszym humorem opadła na poduszki. Dzisiaj będzie dobry dzień.

                Po południu zaszyła się w bibliotece i skulona w fotelu kończyła książkę o upadłym aniele. Ostatnio nie miała nastroju na romanse, chciała jednak poznać zakończenie. Mimo swojej przewidywalnej fabuły, nie odrywała się od lektury przez bite parę godzin. Walka między „dobrymi” i „złymi”, poświęcenie dla ukochanej, zwycięstwo i… śmierć. Zmarszczyła czoło. Oboje bohaterów umiera. Koniec. Odłożyła lekko zdegustowana tomik, jednak po dłuższym namyśle, wzięła go ponownie do ręki.
                - Śmierć we dwoje, hę? – mruknęła pod nosem.
                Nagle poczuła mrowienie na karku i wiedziała, że nie jest sama. Nie ruszyła się jednak.
                - Rozczarowana zakończeniem? – rozległ się cichy głos.
                - Hmm, niezbyt. Raczej zaskoczona. Jednak nie była to zła książka – odparła, wstając i wkładając ją na swoje miejsce. Pogładziła palcem grzbiet i odwróciła się.
                Demon stał w wejściu, wpatrując się w nią żarzącymi się na czerwono oczami.
                - Co z tym spojrzeniem? – spytała lekko drwiąco.
                - Ta gra na mnie nie działa – szepnął po dłuższej chwili.
                - Ach tak? Szkoda… - westchnęła.
                Nagle lokaj stał tuż przed nią, a ona wpatrywała się w jego usta. Cieszyła się, że jest wysoka, teraz jednak nie było jej to w smak. Chciała się odsunąć i powiedzieć coś obraźliwego, jednak wzrok sługi skutecznie ją sparaliżował. Co się…?
                - Wiem więcej niż panienka myśli. Jako twój wierny sługa, staram się, by wszystko było takie, jak sobie panienka zażyczy. Nie mogę jednak tego robić, jeśli dalej tak będzie. Mam obowiązek służyć ci, pani aż do samego końca. Dlaczego więc moja pani ukrywa przede mną coś, co ją trapi?
                Jego ton przyprawiał ją o dreszcze. Powstrzymała jednak niepokój i zmarszczyła czoło.
                - Co ty sobie wyobrażasz? To, że mi usługujesz, nie znaczy, że muszę ci się ze wszystkiego zwierzać. Znaj swoje miejsce, demonie – syknęła.
                - Ach tak?
                Wydawało się jakby światło zgasło, a pokój wypełnił mrok, ona jednak patrzyła tylko w dwa jarzące się punkciki na tak dobrze znanej jej twarzy. Mogła w każdej chwili wydać stosowny rozkaz, jednak nie zrobiła tego. Stała i patrzyła. Wtedy pochylił się tak, że ich twarze znajdowały się na tym samym poziomie.

                - Zobaczymy… moja pani.


~~*~~

Rozdział jeszcze ciepły, więc wybaczcie mi ewentualne błędy x.x Ale mam nadzieję, że się podobało i przypadł Wam do gustu ten mały stresik pod koniec. Już spałam pisząc te notki, więc dodałam trochę akcji xD Liczę na opinie w komentarzach! :D
Pozdrawiam wszystkich i do napisania! ;3

14 lip 2015

XXIX

                Kiedy wyszedł, Mai ponownie opadła na łóżko i wtuliła twarz w poduszkę. Odetchnęła z ulgą. Udało jej się wybrnąć z sytuacji. Na razie… Wciągnęła powietrze nosem. Teraz zapach drzewa sandałowego wwiercał jej się w nozdrza, zalewając falą sprzecznych uczuć.
                Z ciężkim westchnieniem usiadła opierając się o ścianę i sięgnęła po laptopa. Położyła go na kolanach, odchyliła monitor i nacisnęła przycisk. W momencie, gdy otwierała skrzynkę pocztową, do pokoju wszedł Sebastian. Postawił wysoką szklankę z herbatą i talerzyk ciasteczek na stoliku nocnym.
                -  Mrożona? – spytała lekko zdziwiona.
                - Dzisiaj zapowiada się wyjątkowo ciepły dzień, więc pozwoliłem sobie zrobić panience coś bardziej orzeźwiającego – oznajmił, kłaniając głowę.
                - Hmm – mruknęła w odpowiedzi.
                Sięgnęła po napój i upiła łyk. Słodka. Tak jak lubi.
                - Dziękuję – powiedziała, odstawiając naczynie.
                - Jakiś problem? – zapytał, widząc jej minę, gdy spojrzała na monitor.
                - Ponad czterdzieści nieprzeczytanych wiadomości. Większość z nich są od Aarona i Leo – pokręciła głową.
                - Cóż, panienka ma wielu wielbicieli.
                Spojrzała na niego z ukosa. Choć się lekko uśmiechał, w jego oczach coś się czaiło.
                - Jeśli coś zrobisz na własną rękę, pożałujesz – odparła cicho.
               
                Uśmiechnął się szerzej. Groźba zawarta w jej słowach mówiła, że naprawdę zamierza wykorzystać jego slaby punkt. Jednak nie było w tym stanowczości. Męczyli ją. Ta świadomość dodała mu pewności.
                - Jak sobie życzysz, pani.
                Skłonił się i wyszedł. Ruszył w stronę schowka, by wziąć środki czyszczące. Czas posprzątać rezydencję. Następnie wszedł do kuchni i rozpoczął przygotowania do obiadu.
                Zapachy rozchodziły się po rezydencji. Postanowił zrobić spaghetti, które dziewczyna lubiła jadać w oranżerii na dachu. Skoro już niedługo to wszystko się skończy, chciał zrobić jak najwięcej, by… otrząsnął się. Nie będzie o tym myślał.
                Demon ostawił garnek na kuchence, by mięso się poddusiło i ruszył na górę, by sprawdzić, czy jego pani niczego nie trzeba. Z drugiego piętra usłyszał cichą muzykę. Gdy stanął w drzwiach, zobaczył czarnowłosą leżącą na plecach i bawiącą się końcówką długiej kitki. Jej głowa zwisała z krawędzi łóżka, widział więc jak jej usta mamroczą słowa piosenki. Usłyszawszy jego kroki, otworzyła oczy.
                - Co panienka robi? – spytał niezbyt poruszony pozycją, w której ją znalazł. Często zastawał ja w przeróżnych pozach. To gdy czytała, czasem, gdy drzemała w bibliotece lub podczas rozmyślania nad różnymi sprawami.
                - Próbuję wymyślić, w jaki sposób morderca zabił tę kobietę. Leo napisał, że na ciele ofiary było tylko jedno DNA, na szyi, gdzie widniały tamte otarcia. Teraz szukają podejrzanego, ale wszystko wskazuje na to, że materiał genetyczny pochodzi od mordercy. Nadal jednak nie znamy przyczyny zgonu. – wymamrotała, znów przymykając powieki. On jednak widział, że przygląda mu się zza długich rzęs.
                - Wymyśliła panienka coś ciekawego? – spytał.
                - Nie – odparła w ciężkim westchnieniem. – Jeszcze nie.
                - A jak długo panienka tak leży? Cała twarz zrobiła ci się czerwona, pani.
                - Ze trzy godziny – powiedziała ignorując jego uwagę.
                Lokaj rozejrzał się po pokoju, a jego wzrok natrafił na stolik nocny. Ciastka leżały praktycznie nieruszone, tak samo herbata.
                - Cały lód się panience rozpuścił, zaraz przyniosę więcej – oznajmił i wyszedł. Gdy wrócił, dziewczyna siedziała po turecku i wpatrywała się w szklankę.
                - Coś się stało? – spytał, wrzucając małymi szczypcami kostkę do środka.
                - Lód… lód! – jej twarz rozjaśniła się. Chwyciła laptopa, z którego leciała muzyka i szybko zaczęła pisać coś na klawiaturze.

                Po krótkiej chwili, odwróciła urządzenie w jego stronę z tryumfalnym wyrazem oczu. Rozwiązała zagadkę.
                - Kilkaset metrów miejsca zbrodni znajduje się stok narciarski. Ośrodek ma maszyny chłodzące i sprowadza śnieg z gór, więc jest otwarty o wiele dłużej niż inne. Morderca musiał tam pójść i wziąć lód albo śnieg. Wepchnął go ofierze do gardła i udusił nim. Obrażenia się zgadzają, zagadka utopienia również – oznajmiła, patrząc w czerwonobrązowe oczy kamerdynera.
                Ten spojrzał na nią z uznaniem.
                - Dobra robota, panienko- rzekł z lekkim uśmiechem.
                - Teraz tylko zadzwonić do Leo i zakończyć to wszystko – mruknęła do siebie. – Będę musiała pojechać do biura, by oficjalnie podpisać wypowiedzenie i zabrać swoje rzeczy.
                - To może poczekać – powiedział stanowczo Sebastian. – Za godzinę będzie obiad.
                Mai wywróciła oczami.
                - Co dzisiaj przyszykowałeś? – mruknęła.
                - Spaghetti bolognese – odparł kłaniając się lekko.
                Rzuciła mu zaskoczone spojrzenie, ale po chwili się opanowała. Zachowywał się dziś dziwnie, ale postanowiła tego nie komentować. Wymamrotała parę słów pod nosem i pozwoliła mu odejść. Kiedy tylko kroki demona umilkły, napięcie opuściło jej ciało. Robiło się coraz gorzej. Całe szczęście, że jutro będzie po wszystkim. Teraz nic już nie stało jej na drodze do zemsty. A wtedy… uwolni się od tego wszystkiego. Od ludzi, od emocji, od NIEGO. Po raz kolejny tego dnia, położyła się na łóżku i zamknęła oczy. Jeszcze tylko trochę…

~*~

                Po obiedzie w oranżerii, wsiedli w samochód i ruszyli w stronę gmachu biura śledczego. Podczas jazdy, nie odzywali się do siebie. Dziewczyna zdążyła się już przyzwyczaić do pełnego napięcia między nimi. Odkąd lokaj odkrył swoje emocje, wyrósł między nimi wysoki mur, którego bali się choćby dotknąć, nie chcąc, by wszystko runęło. To było jak stąpanie wczesną wiosną po zamarzniętym jeziorze. Trzeba było uważać na każdy swój krok, inaczej wyląduje się w wodzie.
                Bez słowa ruszyła na górę. Tym razem, kamerdyner nie poszedł za nią. Dobrze. Nie oglądając się na boki, od razu ruszyła do gabinetu szefa. Najwyraźniej na nią czekał, gdyż drzwi były otwarte.
                - Dzień dobry – powiedziała, wchodząc do środka.
                - Witaj Mai… - rzekł patrząc na nią smutno. – Usiądź, proszę.
                - Chciałabym wrócić do tematu, który poruszyliśmy ostatnim razem – zaczęła, cupnąwszy na krześle naprzeciw Johnsona.
                - Domyśliłem się… Leo powiedział mi, że rozwiązałaś sprawę.
                - Owszem. Dowiedziałam się również, że pojmano zabójcę, więc sprawę zamknięto. Tak więc zgodnie z tym, co powiedziałam, przyszłam podpisać wypowiedzenie i zabrać swoje rzeczy.
                - Jesteś tego pewna…? – spytał ze smutnym wyrazem twarzy. Powstrzymała chęć skrzywienia się.
                - Tak – chłodny ton głosu zamknął mężczyźnie usta.
                Z ciężkim westchnieniem podał jej kartkę papieru i kopertę.
                - To twoje wypowiedzenie i ostatnia wypłata.
                - Dziękuję – odparła i zaczęła wypełniać dokument.
               
                Kilka minut później, szła w stronę windy, niosąc w rękach niewielkie pudło wypełnione drobnymi przedmiotami, które trzymała w biurze. Wtedy podbiegł do niej Leo.
                - Witaj, Mai.      
                - Dzień dobry.
                - Więc już nie wrócisz? – spytał cicho.
                - Nie. I wątpię byśmy się jeszcze kiedyś zobaczyli – odparła sucho. Sposępniał.
                - Rozumiem. Cóż, w takim razie żegnaj. Miło się z tobą pracowało.
                - Wzajemnie. Żegnaj.
                Weszła szybko do windy, naciskając guzik parteru. W końcu koniec. Gdy wyszła na parking, Sebastian milcząc wziął od niej pudło i trzymając je w jednej ręce, drugą otworzył jej drzwi. Weszła do środka i od razu odpłynęła. Jej głowę wypełniała teraz tylko jedna rzecz: zemsta. Pomimo upływu lat, wielu zmian, które w niej nastąpiły, niezliczonych niebezpieczeństw i przeżyć, ciągle żyła tylko po to, by odpłacić się tym ludziom za wyrządzone krzywdy. I mimo że starała się wmówić sobie, że robiła to tylko dla siebie, to myśl o tym, co w tej chwili przeżywają porwane dzieci, napawała ją zimnym gniewem.
                - Panienko, jesteśmy na miejscu – głos sługi wyrwał ją z zamyślenia.
                Rozejrzała się dookoła. Miał rację. Stali na podjeździe rezydencji. Szybko wyszła i ruszyła w drzwi wejściowych. Otworzyła je kluczek i wkroczyła do środka. Od razu zaczęła iść w kierunku sali treningowej, by sprawdzić jej małą zbrojownię. Chciała się czymś zająć, by zapomnieć o wszystkim, co nie wiązało się z jutrzejszym planem. A Sebastian zdecydowanie należał do tych rzeczy. Zdejmowała co niektóre bronie, starając się wymyślić każdą nieprzewidzianą sytuację. Po krótkiej chwili, na podłodze przy wyjściu leżał niewielki stosik śmiercionośnych narzędzi. Ostrożnie wszystkie chwyciła i poszła do swojego pokoju. Ponownie przeglądając każdą z rzeczy po kolei, zrobiła niedługą listę wszystkich potrzebnych rzeczy.
                Nacisnęła guzik koło łózka. Nie minęła sekunda, a rozległo się ciche pukanie. Musiał znowu stać pod jej drzwiami…
                - Wzywałaś, pani?
                - Poszukaj tych rzeczy i kup je dla mnie – powiedziała, wręczając mu kartkę. Lokaj przejrzał ją, lekko marszcząc czoło – Weź moją kartę kredytową. Nie zabijaj nikogo, jeśli nie musisz.
                - Tak, pani.
                Skrzywiła się, słysząc jego ton pozbawiony wszelkich emocji. Nie lubiła, gdy mówił w taki sposób. Był to rodzaj cichej dezaprobaty. Patrzyła za nim, choć wiedziała, że nie ma go już w budynku. Z ciężkim westchnieniem ułożyła cały sprzęt na stole i położyła się na łóżku. Była zmęczona. Zbyt zmęczona. Zamknęła oczy i zasnęła, cały czas czując nieprzyjemny uścisk w klatce piersiowej.
                Tak jak się obawiała, niechciane sny wróciły. Próbowała ich do siebie nie dopuścić, odepchnąć od świadomości, jednak tak jak w snach bywa, nie miała nad nimi żadnej władzy. Postanowiła się więc poddać, czekając aż się skończą.

                Obudził ją chłodny dotyk. Otworzyła oczy. Zobaczyła twarz Sebastiana. Klękał on koło łóżka, pochylając się nad nią. Stykali się czołami. Gdy zauważył, że się obudziła, odsunął się, jednak cały czas patrzyła na nią zmartwionym wzrokiem.
                - Dobrze się panienka czuje? Jest panienka cała zarumieniona – powiedział.
                Zamarła. Zarumieniona? Dotknęła dłońmi policzków. Faktycznie, były nienaturalnie ciepłe. Lokaj najwyraźniej uznał, że ma gorączkę. Usiadła, unikając wzroku służącego. Nie chciała, by domyślił się, że coś TAKIEGO jej się przyśniło. Przycisnęła palce do oczu, starając się pozbyć ciemnych mroczków.
                - Nic mi nie jest – odparła cicho po chwili.

                Lekko zdziwiony, przyjrzał jej się uważniej. Normalnie zbeształaby go za to, że tak bardzo się do niej zbliżył. Nie patrzyła w jego stronę, a rumieńce, pomimo że trochę zbladły, cały czas były widoczne.
                - Na pewno? Mogę przygotować herbatę rozgrzewającą – zaproponował.
                - Dziękuję, nie trzeba. Która jest godzina?
                - W pół do ósmej, pani…
                Podziękowała w odmowie?
                - Przygotuj mi coś do jedzenia – powiedziała, tym razem pewniej.
                - Jak sobie życzysz, pani. Chciałbym jednak dowiedzieć się, co się stało – drążył.
                Tym razem na niego spojrzała. Widać było, że nie chciała mu o czymś powiedzieć, jednak z jej oczu nie mógł nic wyczytać.

                - Po prostu przyśniło mi się coś… dziwnego. 

~~*~~

               Wybaczcie mały poślizg, ale niedawno wróciłam z wyjazdu i nie miałam jak się wziąć za pisanie. Teraz jednak jestem i ogłaszam, że niedługo skończy się nuda, która niestety zawitała do mojego opowiadania x3
               Mam jednak nadzieję, że rozdział się Wam spodobał i zostawicie po sobie ślad w postaci opinii w komentarzach ;)
              Do napisania!