13 wrz 2015

XXXIII

             Dzisiaj wyjątkowo notka będzie przed rozdziałem. Tak oto dotarliśmy do końca pierwszej części opowiadania. Mam nadzieję, że Wam się spodoba i że nie zabijecie mnie za zakońcenie :'D                    Dodatkowo przez jakiś miesiąc nie będzie noteg, gdysz chcę napisać cześć kolejnej księgy, by uniknąć tak długoch przerw. 
Ale dość już gadania. Miłego czytania! ^^

Ściskam
Mai

PS. na końcu macie taki bonusowy arcik :P

~~*~~

                Z ociąganiem odsunęła się od drzwi i mruknęła pod nosem:
                - Sebastian, chodź tutaj.
                Sekundę później lokaj zmaterializował się i wpatrywał w nią wyczekująco w oczekiwaniu na rozkazy. Mimo że starał się przyjąć obojętny wyraz twarzy, widziała w jego oczach mieszankę dzikiej satysfakcji i niepewności.
                - Idź korytarzem w prawo, ja pójdę w drugą stronę. Będziesz mnie osłaniał. Ucisz każdego, kto stanie ci na drodze.
                - Tak, pani – skłonił się i zniknął.
                Mai wyjęła z plecaka składany karabin i odbezpieczyła go. Czas na zabawę. Zamknęła bezszelestnie drzwi i ruszyła z powrotem w stronę windy. Wymijała ciała leżące na ziemi, starając się nie wdepnąć w krew, by nie zostawiać śladów. Przy okazji zerkała, czy nie mają ze sobą jakichś przydatnych przedmiotów.
                Nagle usłyszała kroki. Szybko przywarła do ściany. Za dużo czasu spędziła przy ciałach. Stała nieruchomo, czekając aż odgłos ucichnie. Karabin trzymała w gotowości, by w razie czego mogła szybko zaatakować. Po długiej, pełnej napięcia chwili, strażnik oddalił się, pozostawiając ją samą. Wtedy po cichu wyszła zza zakrętu i ruszyła w głąb korytarza. Jarzeniówki oświetlały szare ściany, nadając im jeszcze bardziej ponury wygląd. Poczuła nagłą chęć, by wysadzić cały ten budynek w powietrze. Zamiast tego, parła uparcie przed siebie, by wejść drzwiami tuż obok Smith’a. Słyszała dudnienie w uszach, czując swój lekko przyspieszony puls. Wzięła głęboki oddech, by oczyścić umysł i móc skupić się na swoim zadaniu.
                Poruszała się bezszelestnie, idąc w wyznaczonym przez siebie rytmie. Wypatrywała ochroniarzy na każdym zakręcie, równocześnie nie przestając nasłuchiwać. Gdyby teraz ktoś ją znalazł, byłaby odsłonięta i prawie na pewno by zginęła. Wiedziała, że demon nie pozwoli, by zaszli ją od tyłu, ale nie miała pewności, czy ktoś nie zaskoczy jej od frontu. Wtedy napis nad jednym z wejść przykuł jej uwagę. Archiwum? Stała przez chwilę wpatrując się w tabliczkę. Po chwili wahania nacisnęła klamkę. Zamknięte. Wyciągnęła wsuwkę z włosów i kilkoma sprawnymi ruchami otworzyła zamek. Gdy drzwi uchyliły się na tyle, by można było przez nie wejść, dziewczyna wślizgnęła się cicho do środka. Wyjęła z kieszeni latarkę i rozejrzała się dookoła. Całe pomieszczenie wypełniały półki z opisanymi kartonami. Podeszła do jednego z nich. „Luty 20XX”. Zajrzała do środka i przeszył ją zimny dreszcz. W środku było pełno teczek z nazwiskami. Znała kilka z nich. Gdy wyciągnęła jedną i zaczęła przeglądać, poczuła jak krew wrze w jej żyłach.  Był tam dokładny opis dziecka, data urodzenia, przybycia do ośrodka, wszystko jego walki, oraz szczegółowy zapis śmierci. Odłożyła dokumenty na miejsce i zaczęła szukać konkretnej daty. Sprawnie lawirowała między regałami. Po niespełna minucie znalazła to, czego szukała. Wzięła pudło i położyła je na ziemi. Jej wzrok prawie od razu odszukał jej nazwisko. Folder był grubszy niż pozostałe, mimo że były tam zapiski tylko z jednego miesiąca. Walczyła najczęściej ze wszystkich. I najczęściej wygrywała. Przerzucała kolejne kartki, czując, jak wspomnienia uderzają ją z pełną mocą. Nienawidziła tego wszystkiego. Tego, jak pobyt w takim miejscu ją odmienił, jak zdusił w niej resztki człowieczeństwa, pozbawił emocji. Stała się dokładnie taka, jak chcieli. Zimna i bezlitosna.
                Spojrzała na ostatnią kartkę. Na górze widniał duży czerwony napis: ZAGINIONA. Pod spodem znajdował się krótki opis tego, jak wyglądała baza po tym, jak uciekła. Z chorą satysfakcją czytała nazwiska dozorców, którzy zostali zamordowani. Niewielu z nich było doświadczonych w tej robocie, gdyż miejsce, w którym ją zamknięto było stosunkowo niedawno wybudowane. Nie przeszkadzało to im jednak w traktowaniu ich w bestialski sposób. Ponownie przerzuciła strony i spojrzała na tą pierwszą. Przyjrzała się swojej zapadniętej, szarej twarzy. Brudne włosy opadały jej twarz, nie zasłaniały jednak licznych siniaków i oczu, które zdawały się wwiercać w duszę osoby patrzącej na fotografię. Tak wyglądała trzy lata temu… Zaczęła czytać. Oprócz jej danych osobowych, wypisane też były informacje takie jak ilość walk wygranych i przegranych, częstotliwość zakładów, ogólny przychód, liczba zabitych przez nią osób… Patrzyła na to wszystko z kamiennym wyrazem twarzy. Teraz to były tylko nic nie znaczące cyfry. Nie czuła żalu, ani tym bardziej poczucia winy. Tylko… pustkę.
                Nagle poczuła czyjąś obecność. Odwróciła się gwałtownie, ale było już za późno. Poczuła kopnięcie w brzuch i poleciała do tyłu, uderzając głową w ścianę. Zamroczyło ją na tyle mocno, że przez chwilę nic nie widziała. Gdy się otrząsnęła, zobaczyła mężczyznę celującego do niej z jej własnej broni. Musiała odłożyć karabin na bok, gdy przeglądała akta… Przyjrzała się twarzy napastnika i poczuła jak krew jej tężeje. Nie zapomniałaby tej ciemnej czupryny i szmaragdowych oczu.
                - Witaj, szefowo. Dawnośmy się nie widzieli.
                - W istocie. Widzę, że dobrze się trzymasz, Aaron.
                - Nie narzekam – były ogrodnik wyszczerzył się w drapieżnym uśmiechu.
                - Strzelasz, czy może się boisz? – zakpiła z niego.
                - Nie jest dobrym pomysłem drażnienie osoby, która trzyma w ręku broń, nie wiesz o tym? – mruknął.
                - Nie jest dobrym pomysłem zadzieranie ze mną, nie pamiętasz? – odparła.
                Brunet odrzucił głowę do tyłu i zaśmiał się szyderczo.
                - Jesteś mocna w gębie, ale sama jesteś niczym. Próbujesz się bawić w dorosłość, dziewczynko, ale ci nie wychodzi.
                - Czyżby? Osobiście uważam, że jestem niezłym graczem – zadrwiła i usiadła prosto, próbując ustalić, czy ma jakieś poważniejsze obrażenia. Jednak prócz pulsującej bólem głowy, nic nie czuła. Dobrze.
                - Zaczynasz mnie irytować, mała – warknął Tarver.
                - Pokaż, co potrafisz.
                Z grymasem gniewu na twarzy, chłopak złapał ją za ubrania i przycisnął całym ciałem do ściany. Czując jego dotyk, gdzieś w głębi poczuła strach, jednak zdusiła go. Nie czas teraz na wspominki.
                - Stul pysk – poczuła na skroni lufę karabinu.
                - Skończyłeś? – prychnęła.
                Patrzyła jak przez twarz bruneta przechodzi szeroki, obleśny uśmiech.
                - Ależ skądże. Zabawa dopiero się zaczyna – mówiąc to, podważył lufą spód maski i szarpnął do góry, zrzucając ją z twarzy czarnowłosej. – Mam zamiar dać ci nauczkę, patrząc jak ogarnia cię rozpacz…
                Jego szept napawał ją obrzydzeniem. Przez umysł przeleciał jej obraz tego, jak razem śmiali w salonie. Nie tylko ja noszę maskę… pomyślała. Wtedy poczuła jak dłoń Aarona zsuwa się z jej szyi. Znów poczuła przypływ paniki. Ponownie go jednak stłumiła. Zamiast tego spojrzała mu lodowato w oczy. Zamarł na chwilę.
                - Co to za spojrze… - urwał, wpatrując się w jej lewe oko.
                - Zdziwiony? – syknęła.
                - Co to ma być? Bawisz się w przebieranki? – zaśmiał się. Jego ręka znów zaczęła się ruszać, odpinając zamek bluzy. Powstrzymała się przed wzdrygnięciem. Zamiast tego uśmiechnęła się, odsłaniając zęby.
                - Przebieranki, hę? Jakiś ty naiwny.
                - Naiwny, tak? – syknął, mocniej na nią napierając.
                - Tak. Naiwny. I skończony.
                - Ty mała…
                - Sebastian – przerwała mu, a znak na jej oku zabłysł fioletowym światłem. – Nie zabijaj go.

                Zabijał właśnie kolejnego z tych bezużytecznych robaków, gdy poczuł, że jego pani jest w niebezpieczeństwie. Gorzej. Po raz pierwszy w jej emocjach znalazł strach. Odrzucił truchło strażnika i z nadludzką szybkością popędził w kierunku dziewczyny.
                Gdy wszedł do archiwum, zastał byłego ogrodnika przyciskającego ją do ściany. Do skroni przystawił jej karabin, a jego dłoń przesuwała się po ciele czarnowłosej. Widząc to, wezbrała w nim wściekłość, jakiej dawno nie czuł. Wokół niego pojawiła się czarna mgła, która coraz bardziej obejmowała pomieszczenie. Powili zbliżył się i już miał zadać cios, gdy nagle oczy jego pani zwróciły się w jego kierunku.
                - Sebastian. Nie zabijaj go – powiedziała cicho, a on poczuł, jakby owinęły go łańcuchy, hamując jego dłoń tuż przed szyją chłopaka.
                 Ten odwrócił się i krzyknął krótko. Odskoczył do tyłu i wyjął zza pasa pistolet, jednym celując wciąż w dziewiętnastolatkę, a drugim w pierś demona. Wiedział, że jego oczy jarzą się czerwono, a jego sylwetka była zniekształcona przez cień.
                - Wyciągnij z niego wszystko, co się da. Tylko zostaw go żywego – usłyszał rozkaz. Powstrzymał żądzę mordu i zbliżył się do Tarvera.
                - Trzymaj się ode mnie z daleka, potworze! Jeszcze krok, a ją zastrzelę! – wrzeszczał, cofając się.
                - Mimo, że moja pani tego zabroniła, mam wielką ochotę rozerwać cię na strzępy – mówił cichym, hipnotyzującym głosem. – Jednak nie otrzymałem rozkazu, by zwrócić cię w jednym kawałku…
                - Odejdź! – wrzasnął brunet i rozległy się strzały.
                Sebastian jednak wciąż się do niego zbliżał. Położył palec na ustach i z krwiożerczym uśmiechem mruknął:
                - Radziłbym być trochę ciszej, panie Aaron. Jeszcze ktoś nas usłyszy.

                Mai oparła się o ścianę i zamknęła oczy. Zignorowała stłumione krzyki chłopaka i zatopiła się w myślach. Nie spodziewała się zdrady z jego strony, a powinna. Znowu komuś zaufała i się sparzyła. Cały czas popełnia ten sam błąd. Na samą myśl o jego dłoni krążącej po jej ciele, czuła dreszcze. Znowu. Znowu… Zebrała wszystkie wspomnienia związane z ogrodnikiem i schowała je głęboko w pamięci, wraz z innymi do nich podobnymi i zamknęła je na klucz. Zapieczętowała tym samym własne serce.
                - Pani? – rozległ się cichy głos.
                Podniosła głowę i spojrzała w czerwone oczy demona. Widziała w nich resztki nieposkromionej furii, ale również troskę. On jedyny jej nie może zdradzić… Westchnęła cicho i stanęła prosto. Ignorując lokaja, podeszła to tego, czym kiedyś była osoba, którą mogła nazwać przyjacielem. Podniosła z podłogi karabin, którym do niej celował i stanęła tuż przy jego głowie. Tak jej znane szmaragdowe oczy, teraz były zamglone przez łzy i cierpienie. Ledwo żywy chłopak jęczał cicho.
                - Błagam… nie…
                - Śledziłeś mnie, sprawiłeś, że w ciebie uwierzyłam, zwiodłeś mnie, groziłeś bronią, chciałeś zgwałcić i zabić i teraz błagasz mnie o litość? – jej lodowaty szept przecinał ciszę. – Jesteś najżałośniejszą istotą z jaką kiedykolwiek przyszło mi się spotkać. Żałuję każdej chwili, myśli którą tobie poświęciłam. Zasługujesz na to, by zgnić tutaj tak jak robak, topiąc się we własnej krwi.
                Urwała, chcąc zapamiętać wyraz jego twarzy, gdy przerażenie brało górę nad wszystkim. Uniosła broń tak, że celowała idealnie w środek jego czoła.
                - Żegnaj, Aaronie, Tarverze – mruknęła i nacisnęła spust.
                Rozległ się huk, a po nim nienaturalna wręcz cisza. Dziewczyna opuściła rękę i odwróciła wzrok jakby zamykając kolejny rozdział swojego życia.
                - Panienko… - kamerdyner skłonił się, podając jej maskę.
                Nie wzięła jej jednak. Minęła mężczyznę i ruszyła w kierunku wyjścia z pomieszczenia.
                - Idziemy. Dosyć tej farsy – powiedziała bezbarwnym tonem.
                - Jak sobie życzysz, pani.

~*~

                Oglądali właśnie kolejną walkę. Miała to być reklama, która rozpowszechni ten biznes po całym kraju. Na widowni siedziało mnóstwo bogatych właścicieli firm i milionerów. Z ich pomocą stworzyliby nową bazę, na wzór tej, w której właśnie się znajdowali. Poprzednia przepadła, niwecząc ich plany. Ale teraz… po trzech długich latach… nareszcie mieli szansę to odrobić…
                Nagle rozległ się przeraźliwy huk, a całe pomieszczenie wypełnił duszący dym. Ludzie zaczęli krzyczeć i uciekać. Drzwi jednak były zamknięte. Jack Smith patrzył na to wszystko z coraz większym niedowierzaniem i gniewem. Nie! Znowu wszystko przepadło! Wtedy zauważył jak powoli ludzie przestają wrzeszczeć i tracą przytomność. Rozejrzał się szybko i ruszył do ukrytego przejścia. Przyłożył kartę do ściany, a ta odsunęła się z cichym sykiem. Wybiegł z hali, po drodze wyciągając telefon. Dzwonił po kolei do każdego z naczelników, ale żaden nie odbierał.
                Gdy skręcił w kierunku windy, zauważył ciemną, samotną postać. Zatrzymał się gwałtownie i przyjrzał sylwetce.
                - Poznaje mnie pan, panie Smith? – usłyszał cichy głos. Z kim mu się kojarzył… Z kimś wyjątkowym.
                - Mai Word? – zamarł zaskoczony.
                Dziewczyna podeszła parę kroków bliżej tak, że jarzeniówki dokładnie oświetlały jej twarz. Tak… pamiętał ją dokładnie. Teraz jednak wyglądała inaczej.
                - Wypiękniałaś, moja droga – powiedział spokojnie, taksując ją wzrokiem. Udawał, że nie widzi karabinu w jej ręce i sztyletów przypiętych do pasa.
                - A pan się w ogóle nie zmienił – odparła. Mężczyzna zaśmiał się cicho.
                - Pochlebiasz mi. Czyżbyś to ty stała za tym incydentem w sali walk? – spytał niby od niechcenia.
                - Mówi pan o tamtej małej bombce? Chyba jedną zgubiłam… - drażniła się z nim.
                Blondyn ledwo powstrzymywał gniew, wciąż jednak uśmiechał się szelmowsko.
                - Ach, zgubiłaś…
                - A co, czyżby pan ją znalazł, panie Smith?
                - Jak znalazłaś to miejsce? – spytał w odpowiedzi.
                - Mam swoje… kontakty. Właśnie, jeśli o kontaktach mowa… spotkałam pewnego młodego mężczyznę, który wyznał mi pewną tajemnicę…       był zmuszony, by odnaleźć pewną dziewczynę… chyba im uciekła… nie wiesz może, o kogo mogło mu chodzić?
                - Tarver mnie zdradzi? – mruknął, wciąż nie tracąc nad sobą kontroli.
                - Ależ skąd. Był wierny prawie do samego końca
                Jack zamarł.
                - Zaskoczył mnie, kiedy czytałam pewne dokumenty… Miał mnie w garści. Dobrze grał, przez co o mało mu nie zaufałam.
                - Czy ty…?
                - Zabiłam go? Owszem – jej lekki ton przyprawiał go o dreszcze. – I niedługo do niego dołączysz.
                Na te słowa odwrócił się i zaczął biec.

                - Sebastian – mruknęła cicho, a lokaj wyłonił się z ciemności, blokując mężczyźnie drogę.
                Ten ledwo zdążył wyhamować. Zaczął wpatrywać się w krwistoczerwone oczy kamerdynera, a po chwili zrobił krok do tyłu, a potem kolejny i kolejny…
                - Kim ty do cholery jesteś?
                - Ja? Jestem tylko piekielnie dobrym lokajem – uśmiechnął się lekko, kładąc dłoń na piersi.
                Dziewczyna prychnęła cicho.
                - Ten tekst nigdy ci się nie znudzi, prawda?
                W tym momencie Smith wyciągnął rewolwer zza połów swojej białej marynarki i wycelował w jej klatkę piersiową. Mai uśmiechnęła się lekko i zaczęła iść w kierunku blondyna.
                - Stój! Stój, bo strzelę! – krzyknął.
                 W jego oczach widać było strach, jednak rękę miał pewną. Widać było, że robił to wcześniej wiele razy.
                - A może tak zrezygnujemy z broni palnej? Proponuję uczciwy pojedynek. Przecież chciał pan zobaczyć, jak walczę… - ciągnęła, nie zatrzymując się.
                - Tak, akurat! Ty albo ten twój lokaj zabijecie mnie jak tylko się odwrócę.
                - Ależ ja nie kłamię. Brzydzę się kłamstwem. Widzi pan? – powiedziała i rzuciła pistolet na bok. Potem zrobiła to samo z kilkoma innymi, ukrytymi w różnych miejscach. Gdy pozbyła się już wszystkich, wyjęła da sztylety. Jeden ujęła w prawą dłoń, a drugi przesunęła po podłodze w stronę szefa organizacji.
                Nie odezwał się. Stali tak przez chwilę nieruchomo. Zaczęła się niecierpliwić.
                - Zrobisz to, czy będziesz chciał, czy nie. Radzę więc przyjąć moją propozycję zanim naprawdę się zirytuję – mruknęła lodowato.
                - Jeśli ty albo twój sługus ruszycie się choćby o centymetr, to cię ustrzelę.
                Westchnęła cicho.         
                - Wystarczy. Sebastian, zabierz mu broń.
                - Tak, pani.
                Wezwany, pojawił się błyskawicznie przed blondynem i uderzył go w rękę tak, że upuścił rewolwer. Czarnowłosy podał mu w zamian sztylet, uśmiechając się przy tym lekko. Nie mając wyboru, Smith wziął ostrze.
                - Od razu lepiej. Będziemy walczyć według pańskich zasad. Wszystkie chwyty dozwolone. Na śmierć i życie. Rozumie pan? – wygięła lekko usta.
                Przerażony Jack kiwnął głową. Wiedział, co go czeka. Panika w jego oczach, coraz bardziej nakręcała dziewczynę, budząc w niej to, co było tak długo uśpione. Nareszcie nadeszła ta chwila. Pozwoliła ponieść się nienawiści i żądzy mordu. Rzuciła się do przodu.

                Była za szybka. Próbował blokować jej ciosy przedramieniem, ale ona zaraz cofała się i atakowała ponownie. Nie miał szans. Słyszał o jej umiejętnościach, jednak było to ze cztery lata temu. Była wtedy wychudzona i słaba. Teraz w pełni sił, niesiona nienawiścią, była nie do pokonania. Kiedy próbował ciąć ostrzem, uchylała się i uderzała pięścią w najwrażliwsze punkty, jakich mogła sięgnąć. Mimo to parę razy skaleczył ją czubkiem ostrza. To było jednak nic, w porównaniu z jego obrażeniami. Po jakiś dwóch minutach walki, miał złamaną rękę i parę żeber, a z każdym ruchem tracił coraz więcej krwi.
                - Tylko na tyle cię stać? – drwiła.

                Pchnęła ostrzem w brzuch, jednak mężczyzna zdołał odsunąć się w ostatniej chwili. Wykorzystała swój pęd i okręciła się na pięcie, by kopnąć go w twarz. Uderzony, poleciał na ścianę i osunął się powoli na podłogę. Sztylet wyleciał mu z ręki.
                - Naprawdę, już się poddałeś? Spodziewałam się czegoś więcej po osobie, która zniszczyła moje życie – uklękła przed zakrwawioną postacią. Pocięty biały garnitur powoli nasiąkał krwią swojego właściciela. Plamy te wyglądały jak rozkwitające róże. Napawała się ich widokiem.
                - Jak… jak ci się udało uciec? W ogóle, jak się tu dostałaś?! – wydyszał Smith. Pomimo swoich obrażeń, nadal myślał tylko o jednym.
                - Oba pytania mają tą samą odpowiedź. Widzisz to? – wskazała na swój znak kontraktu. – To pieczęć, dowód kontraktu. Piekielnej umowy. – uśmiechnęła się drapieżnie. – Powinieneś się cieszyć. Dla ciebie sprzedałam duszę.
                - Co… - nie dokończył.
                - Dobrze słyszałeś. Dla zemsty oddałam się demonowi. – szepnęła, zbliżając twarz do blondyna. Ten patrzył na nią z jeszcze większym strachem niż chwilę wcześniej. – Tak, bój się. Bój, bo to, co przeżywasz teraz, jest niczym w porównaniu do męk, które będziesz cierpiał do końca swego istnienia.
                - Nie! – krzyknął i uderzył ją w twarz.
                Zachwiała się, łapiąc za szczękę. Kątem oka zobaczyła, że Smith wstaje i bierze karabin, który wcześniej odrzuciła. Wycelował w nią i strzelił. Wtedy jej wzrok przysłoniły plecy kamerdynera.
                - Proszę uważać, pani – powiedział cicho. Kiedy odwrócił się w jej stronę, zobaczyła, że cały przód koszuli jest we krwi. Osłonił ją.
                - Czemu to zrobiłeś?  - mruknęła, prostując się.
                - Moim zadaniem jest służenie mojej pani, dopóki nie dokona ona swojej zemsty. A ta jeszcze się nie dokonała – uśmiechnął się smutno.
                Podeszła do niego powoli i uniosła głowę, by spojrzeć mu w oczy.
                - Dziękuję. Ale teraz stań z boku i patrz, jak zwyciężam.
                - Tak, moja pani – skłonił się i powoli odsunął.
                Gdy znów przeniosła wzrok na Jacka, patrzył on osłupiały na Sebastiana. Wciąż trzymał w dłoni karabin, teraz jednak lufa skierowana była w dół. Mai wykorzystała szansę i wyciągając długą szpilę ukrytą w warkoczu, doskoczyła do przeciwnika. Nim ten się zorientował, dziewczyna przebiła mu dłoń, przygważdżając ją do ściany. Mężczyzna wrzasnął, wypuszczając broń. Sekundę później, sztylet przeszył jego drugo nadgarstek. Ponownie krzyknął.
                - To za dzieci, które porwałeś i zmusiłeś do walk – wepchnęła kolejne ostrze w jego kolano. – To za tortury i gwałty – następny nóż. – To za moją rodzinę – tym razem w brzuch. Za każdym razem powietrze rozdzierał wrzask blondyna. Łzy ciekły mu po twarzy, mieszając się z krwią.
                - A to – wyjęła ostatnie, czarne ostrze i podetknęła mu je pod nos. – Za to, że przez ciebie i to, co mi zrobiłeś, pokochałam demona.
                Z tymi słowami powoli przesunęła sztyletem, podrzynając mu gardło.

                Nigdy nie wyglądała tak pięknie, jak teraz. Skąpana we krwi, opanowana przez żądzę mordu. Za każdym razem, gdy słyszała krzyk torturowanej przez nią ofiary, w jej oczach pojawiał się błysk, który doprowadzał kamerdynera do szaleństwa. Tak krwiożercza, a jednocześnie tak czysta… Nie mógł odwrócić wzroku. Aż usłyszał słowa, które wypowiedziała, zanim zabiła tą kanalię. W tej właśnie chwili poczuł, jak łańcuchy, które trzymały go w ryzach opadają, a głód wraca ze zdwojoną siłą. Zignorował to jednak i wpatrywał się w dyszącą dziewczynę, która obudziła w nim to, czego nie spodziewał się nigdy czuć.
                Zaczął powoli iść w jej stronę, jednak ona nie zwracała na niego uwagi. Wpatrywała się w ciało osoby, która odebrała jej wszystko. Gdy dotknął ramienia swojej byłej pani, ta wzdrygnęła się i przeniosła na niego wzrok. Zszokowany patrzył, jak po twarzy spływają jej łzy. Nigdy nie widział jak płacze. Nawet w jej wspomnieniach nie uświadczył tej sceny.
                Delikatnie otarł jej twarz chustką, którą wyciągnął z kieszeni.
                - To już koniec. Nareszcie… - szepnęła i zamknęła oczy, tracąc przytomność. Złapał ją nim uderzyła o ziemię i wziął na ręce. Z kamiennym wyrazem twarzy, ruszył w stronę wyjścia. Ani razu nie obejrzał się za siebie, ignorując uciekające dzieci i płomienie, które zaczęły ogarniać całe podziemie. Cała jego uwaga skupiona była na istocie, która spoczywała w jego ramionach.
                Myślał, że go nienawidzi, że budzi w niej obrzydzenie. W każdym razie, powinno tak być. Teraz jednak zrozumiał zachowanie dziewiętnastolatki. Nie chciała przyznać tego, że coś czuje. Bała się tych emocji, tak samo jak on. Postanowiła odejść w samotności, ze świadomością, że wytrwała do samego końca.
                Westchnął cicho, wychodząc na dwór. Bez chwili wahania ruszył w kierunku rezydencji.

                Gdy w końcu otworzyła oczy, zaczynało świtać. Lokaj cały czas siedział obok posłania, wpatrując się w nią. Czarnowłosa rozejrzała się dookoła, aż jej wzrok spoczął na demonie.
                - Czemu ty… - otworzyła szerzej oczy, przypominając sobie wydarzenia z poprzedniego dnia. Wtedy uśmiechnęła się ironicznie. – Ach tak…
                - Dlaczego to ukrywałaś? – spytał spokojnie.
                - Dobrze wiesz, dlaczego – uśmiechnęła się smutno. W końcu maska opadła, a w jej oczach pojawiło się coś innego niż chłodny dystans. Coś ciepłego… - Tak samo, jak wiesz, że nadszedł już czas.
                - Owszem – wstał i usiadł obok niej, pochylając się nad dziewczyną, która zmieniła wszystko.  - Sebastianie… dziękuję – wygięła lekko usta i zamknęła oczy. On również się uśmiechnął.
                - Nie. To ja dziękuję… Mai.
                To mówiąc powoli ją pocałował. W chwili, gdy ich usta się zetknęły, powietrze wokół nich zgęstniało od mocy. Z satysfakcją zmieszaną z żalem, zaczął wysysać jej duszę.

                Jednak zamiast poczuć jej słodki, niepowtarzalny smak, coś zaczęło go wciągać. Czuł się, jakby wyrywano mu serce i ducha. Chciał się odsunąć, ale nie mógł. Niczym czarna dziura, nieznana siła pochłaniała kawałek po kawałku części jego jestestwa. W chwili, gdy myślał, że zginie, wszystko ustało. W mgnieniu oka odskoczył od dziewczyny i osunął się na ziemię. Patrzył z niedowierzaniem, jak czarnowłosa powoli wstaje z łóżka i idzie w jego stronę. Jej oczy lśniły krwistoczerwonym blaskiem, jednak tym, co najbardziej przeraziło demona, była para czarnych skrzydeł wyrastającym z jej pleców. Były to skrzydła upadłego anioła. 



KONIEC
Na razie... 

15 sie 2015

XXXII

                Przebrała się w ciemny strój, który nie ograniczał jej ruchów. Na przedramiona Założyła twarde ochraniacze, a na dłonie rękawiczki. Podeszła do stolika i po kolei mocowała na swoim ciele różnego rodzaju bronie. Nie omijała żadnego miejsca, które mogło posłużyć za skrytkę dla małego ostrza, czy pojemnika z gazem łzawiącym. Resztę włożyła do plecaka. Wiedziała, że prędzej czy później będzie musiała go porzucić, tak więc dopilnowała, by nie znalazło się tam nic, co mogłoby przysłużyć się komuś innemu. Następnie chwyciła w rękę bluzę z kapturem i narzuciła ją na siebie.
                Gdy wyszła z pokoju, lokaj już na nią czekał. Nie odzywał się. Patrzył na nią tylko z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Chciała już go minąć, lecz nagła myśl przyszła jej do głowy i stanęła tuż przed mężczyzną.
                - Jeśli zrobisz cokolwiek, by mi przeszkodzić, wejdziesz w drogę lub zawahasz się choćby sekundę, gdy wydam ci jakiś rozkaz, to gorzko tego pożałujesz – powiedziała cicho, a w jej głosie słychać było groźbę. Nie zamierzała dopuścić do jakiejkolwiek niesubordynacji. Nie dzisiaj.
                - Tak, moja pani – skłonił się przyłożywszy rękę do piersi.
                Patrzyła na niego przez chwilę, szukając jakiejkolwiek iskry w oczach, cienia uśmiechu, które oznaczałyby, że ma jakiś plan, lecz niczego takiego nie znalazła. Wręcz przeciwnie. Demon wydawał jej się wręcz przygnębiony. Z cichym westchnieniem wepchnęła mu torbę w ręce i zeszła na dół po schodach.

                Jechali w milczeniu. Sebastian prowadził samochód w bezcielesną ciemność. Dawno minęli ostatnie budynki świadczące, że znajdują się w pobliżu miasta. Reflektory też były wyłączone. Nie chcieli, by ich zauważono; w promieniu kilometra od budynku, w którym przetrzymuje się dzieci, znajdują się czujniki i kamery. Jego nadludzki wzrok pozwalał mu lawirować pojazdem po wąskiej ścieżce, bez obaw, że wpadną na drzewo.
                Lokaj co chwilę zerkał na swoją panią, ta jednak uparcie nie odwracała się w jego stronę i patrzyła w otaczający ich mrok. Nie wyczuwał od niej strachu. W powietrzu za to dawało się wyczuć ekscytację, żądzę krwi i coś jeszcze…  Coś, czego nie umiał jednoznacznie określić.  To go niepokoiło, jednak nic nie mógł z tym zrobić.
                Po około godzinie, zatrzymali się. Nic w otoczeniu nie sprawiało wrażenia, że są blisko celu, jednak oboje bez słowa wysiedli i zaczęli się szykować do akcji. Podał dziewczynie plecak, uprzednio wyjąwszy białą maskę. Mai przez chwilę stała nieruchomo, wpatrując się w nią, a potem przeniosła wzrok na niego. Jej oczy zdawały się ciemniejsze, bardziej matowe niż zwykle. Przyjrzał jej się dokładniej. Jej jasna twarz i opuszki palców były jedynymi jasnymi punktami, odznaczającymi się na tle drzew. Pozornie była rozluźniona, jednak widział jej napięte mięśnie karku i pleców. Oddychała spokojnie, jednak puls miała lekko przyspieszony.
                - Pani…? – zaczął niepewnie. Nie odpowiedziała. – Czyżbyś się stresowała? – zdecydował się zażartować, by się ocknęła.
                Udało się. Uniosła pytająco brew.
                - Nie wyobrażaj sobie zbyt wiele. Czekałam na ten dzień zbyt długo.
                - Więc co się stało?
                Wpatrywała się w niego przez chwilę.
                - Nic wartego zainteresowania… Chodźmy – z tymi słowami założyła maskę i ruszyła w mrok.
                Od razu podążył za nią. Nie skupiał się jednak na zadaniu. Głowę zaprzątał mu teraz powód, przez który patrzyła na niego w ten sposób…

                Byli coraz bliżej. Z lokajem przy boku bez trudu ominęli wszystkie czujniki i pułapki. Ostatni kawałek lasu był o wiele gęstszy niż ten, który mijali chwilę wcześniej. Jakby drzewa chciały ukryć swój sekret przed niechcianymi oczami…
                Jakby na potwierdzenie jej przypuszczeń, przed ich oczami wyrósł niski, niepozorny budynek. Wyglądał jak dawno opuszczony bunkier. Miał powybijane okna, wyłamane drzwi i zawaloną jedną ścianę. Wyglądał prawie identycznie jak ten, który zniszczyła trzy lata temu.
                „Już prawie…” pomyślała i zaczęła się skradać wzdłuż ściany. Nie oglądała się za siebie. Wiedziała, że demon potrafi ukryć swoją obecność o wiele lepiej niż ona.
                Nagle zamarła. Kroki. W budynku ktoś był. Nasłuchiwała. Ten ktoś chodził w tę i z powrotem. Nie odzywał się, a po chrzęście gruzu domyśliła się, że to mężczyzna w ciężkich butach. Czujka. Szybko wyliczyła w głowie co i kiedy ma zrobić, by nie zdążył zaalarmować innych. Czekała cierpliwie, aż się do niej zbliży, jednocześnie wyciągając sztylet z pochwy przy pasku. Gdy odwrócił się na pięcie, wyskoczyła z ukrycia. Zasłoniła mu usta, by nie wydał żadnego dźwięku i jednym szybkim ruchem poderżnęła mu gardło. Rękę wzięła dopiero wtedy, gdy ustały drgawki. Wtedy odwróciła ofiarę na plecy. Przeszukała szybko kieszenie. Znalazła pęczek kluczy i kartę magnetyczną. Wzięła je wraz z pistoletem, który wypadł mężczyźnie z ręki, gdy go zabijała.
                Gdy wstała, poczuła mrowienie na karku.
                - Idziemy dalej – mruknęła cicho, idąc w głąb budynku.
                - Tak, pani – odparł lokaj i ruszył za nią.
                Przeszukiwała wzrokiem ściany, szukając jakiejkolwiek nieprawidłowości; ukrytych drzwi, czujników, czy zapadni. Po kilku minutach znalazła to, czego szukała: fuga między cegłami była wykruszona tworząc prostokąt wielkości dorosłego człowieka. Zaczęła szukać jakiegoś otworu lub obluzowanego kawałka ściany. Jednak nigdzie nie mogła go znaleźć.
                Czas uciekał. Zmarszczyła sfrustrowana brwi. Po dłuższej chwili westchnęła ciężko i cofnęła się.
                - Otwórz to – rozkazała Sebastianowi, który cały czas trzymał się z tyłu, obserwując każdy jej ruch.
                Teraz podszedł bliżej i położył dłoń na ścianie. Biała rękawiczka dziwnie kontrastowała z  brudną szarością budynku. Nagle rozległ się trzask i cegły opadły na ziemię, odsłaniając nowoczesne drzwi windy. Z boku znajdował się czytnik na kartę. Bez chwili wahania wyjęła tą, którą zabrała strażnikowi i przyłożyła ją do panelu. Rozległo się ciche piknięcie i drzwi rozsunęły się z sykiem.
                Mai zerknęła do środka, by sprawdzić, czy nie ma żadnych pułapek i przekroczyła próg. Demon wszedł zaraz za nią. Był tylko jeden przycisk. Wcisnęła go i kabina zaczęła jechać w dół. Dziewczyna wyjęła pistolet i odbezpieczyła go, przekładając sztylet do lewej ręki.
                - Kryj mnie – powiedziała do kamerdynera, gdy poczuła, że zwalniają.  
                Na zewnątrz stali dwaj mężczyźni. Gdy ich zobaczyli, wycelowali broń i zaczęli strzelać. Jednak żadna kula jej nie dosięgła. W osłupieniu patrzyli jak uśmiechnięty lokaj wypuszcza z dłoni wszystkie pociski. Nie zdążyli jednak zareagować, gdyż oboje upadli martwi na ziemię z przestrzelonymi głowami. Bez słowa ruszyli dalej korytarzem, masakrując kolejnych ochroniarzy. W końcu dobiegły ich krzyki i wiwaty.
                Czarnowłosa uchyliła lekko drzwi, zza których dobiegał hałas. Jej oczom ukazał się dobrze znany widok. Pokój z wysokim sufitem i szarych ścianach. Okrągłe betonowe zniesienie bez ogrodzenia otoczone krzesłami obitymi w czerwony zamsz. Prawie całe pomieszczenie zapełnione było ludźmi na tyle zepsutymi i z wystarczającą ilością pieniędzy, by pozwolić sobie na takie widowisko. Wrzeszczeli i machali pięściami, patrząc jak na oko dwunastoletnia dziewczynka rzuca się z nożem na parę lat od siebie młodszego chłopca. Widziała jej puste, pozbawione nadziei i chęci do życia spojrzenie. Widziała takich aż nadto, gdy sama dzieliła jej los.
                Zmarszczyła nos z obrzydzenia. Najchętniej zarżnęłaby każdego z tych zwierząt z osobna za to, co robią dzieciom.
                - Pani? – usłyszała cichy głos tuż obok swojej twarzy.
                Zamarła. Chciała rzucić mu ostrzegawcze spojrzenie, jednak zza maski nic nie było widać.
                - Co? – syknęła.
                - Zbliża się do nas uzbrojony mężczyzna – odparł spokojnie.
                - Zabij – powiedziała beznamiętnie, wracając do obserwowania tłumu. Nie zwracała jednak uwagi na napalonych mężczyzn, czy bukmacherów przechadzających się między siedzeniami i zbierających zakłady. Szukała konkretnej twarzy.
                - Tak, pani – usłyszała, że się uśmiecha, jednak nie odpowiedziała.
                Chwilę później usłyszała cichą rozmowę, a zaraz potem odgłos upadającego ciała.
                - Pilnuj, by nikt nam nie przeszkodził – mruknęła pod nosem, widząc, że ją usłyszy.
                Po kilku minutach, które ciągnęły się w nieskończoność znalazła go. Mężczyznę, który tym wszystkim zarządza. Pamiętała go z czasu, kiedy zaczynała ostro trenować.

                Wysoki, przystojny, około trzydziestoletni mężczyzna przechadzał się między klatkami, przyglądając się uwięzionym w nich dzieciom, co jakiś czas kiwając w milczeniu głową. Jego nieskazitelnie biały, drogi garnitur wydawał się kompletnie nie na miejscu w tym brudnym, śmierdzącym miejscu. Obok niego szli ludzie przydzieleni do tej siedziby. To oni ich karmili, bili, wyprowadzali ich na ring i w razie potrzeby zabijali. Obserwowała w milczeniu jak się przed nim płaszczą. Jego długie, zaczesane do tyłu blond włosy odbijały światło jarzeniówek, przyciągając uwagę.
                Patrzyła jak się zbliża, nie zatrzymując na dłużej wzroku na żadnej z mizernych, brudnych postaci. Wszyscy, bez wyjątków odwracali wzrok i kulili się po kątach. Trzech chłopaków i dziewczyna, którzy byli ze nią zamknięci, również zwinęli się w kłębki, jakby chcieli zniknąć. Tylko ona siedziała luźno oparta o kraty, wyciągając nogi do przodu.
                Na ten widok mężczyzna zatrzymał się tuż przed dziewczyną. Stał po jej lewej stronie, patrząc z góry. Bez słowa wpatrywała się w jego hipnotyzująco niebieskie oczy. Wtedy jeden z ich „oprawców”, jak nazywały pracowników budynku dzieci, kopnął ją z całej siły w kręgosłup. Nawet nie drgnęła.
                - Jak śmiesz patrzeć na pana Smith’a, ty mała…!  - zamierzał uderzyć ponownie, jednak Smith go powstrzymał.
                - Kim ona jest? – spytał, gdy ponownie na niego spojrzała.
                - Ekhem… to Mai, proszę pana. Obecna mistrzyni.
                - Mai? – spytał zaskoczony, patrząc na mężczyznę, który to powiedział.
                Potem ponownie przeniósł wzrok na nią. Tym razem na jego twarzy malowała się ciekawość.
                - A więc to ty jesteś tą sławną mistrzynią… jak długo tu jest? – zwrócił się do oprawcy.
                - Dziesięć miesięcy – odpowiedziała wyraźnie.
                Smith zaskoczony spojrzał na dziewczynę.
                - Nikt cię nie pytał… - osobnik, który poprzednio ją kopnął zamierzył się do ciosu, jednak blondyn ponownie go powstrzymał. – Proszę pana, ona… - zaczął, ale nikt go nie słuchał.
                - Dobrze się trzymasz jak na tak długi staż. Powiedz mi, jak podoba ci się mój świat?
                Piętnastolatka uśmiechnęła się szeroko, odsłaniając śnieżnobiałe zęby, które nie zżółkły ani nie osłabły jak u innych dzieci.
                - Twój świat? To nie jest twój świat.
                - W takim razie czyj? – zapytał Smith spokojnie.
                - Może kiedyś ci powiem. Jeśli wyjdę z tej klatki – puknęła palcem w kratę.
                Mężczyzna zaśmiał się cicho.
                - Ciekawe, nie powiem.
                - Proszę o wybaczenie. Musiała zwariować. Dopilnujemy, by ją odpowiednio ukarano…
                - Nie trzeba – uciął. -  Chciałbym kiedyś zobaczyć jak walczysz, mała. Do zobaczenia.
                To mówiąc odszedł. To był nie ostatni raz, kiedy go widziała, jednak nigdy więcej z nim nie rozmawiała. Zawsze przyglądał mi się z daleka. Jednak ani razu nie zauważyła go na trybunach podczas walki.


                Teraz widząc go, wezbrała w niej wściekłość. Prawie w ogóle się nie zmienił. Włosy zaczesywał do tyłu w ten sam sposób, w jego oczach widać było ten sam, niezdrowy błysk. Jedyną różnicą były ledwo widoczne zmarszczki wokół oczu, świadczące, że często się uśmiechał. Wygięła usta w drapieżnym uśmiechu. Nareszcie.


~~*~~

                 Przeprazam, że tak późno, ale blogger odmówił mi posłuszeństwa x.x Mam za to nadzieję, że rozdział Was nie rozczarował ^^  
Miło jest po dłuższej nieobecności siąść do Worda i po prostu pisać. Myślę, że Was niedługo mocno zaskoczę i nie mogę się doczekać komentarzy na ten temat ^^

Pozdrawiam i do napisania! :D  

29 lip 2015

XXXI

                - Nie pozwalasz sobie na zbyt wiele? – spytała cicho.
                Zimny ton głosu jasno dawał do zrozumienia, że nie podoba jej się ta sytuacja. Czuła się osaczona, a to, że jego twarz oddalona była tylko o parę centymetrów, nie polepszało sprawy. Serce waliło jej jak oszalałe. Wiedziała, że lokaj to słyszy.
                - Ależ skąd, pani. Chcę tylko godnie wypełniać moje obowiązki… - szepnął.
                - Przestań się ze mną bawić! – warknęła w odpowiedzi.
                Dźgnęła go palcem w pierś i przybliżyła się tak, że praktycznie stykali się nosami.
                - Jesteś zwykłym, odrażającym demonem, który myśli, że wszystko mu wolno. Otóż nie. Dopóki nasz kontrakt obowiązuje, to TY jesteś moją zabawką. Tak więc zachowuj się tak, jak wiernemu słudze przystoi i siedź na tyłku, dopóki ja nie powiem, że możesz się ruszyć. Jeśli mi się to nie spodoba, to nie kiwniesz nawet palcem. Jak sam to uparcie powtarzasz, jestem twoją panią, a ty moją własnością. Nie zapominaj o tym.

                Kiedy to mówiła, jej rysy stwardniały. Była zła. To sprawiło, że uśmiechnął się lekko. W końcu. Nareszcie reakcja, jakiej oczekiwał. Jej słowa zaś sprawiły, że po plecach przebiegł mu zimny dreszcz. Widział tylko jej piękne, rozzłoszczone oczy. Nabrał przemożonej ochoty, by ją pocałować. Jednak powstrzymał się po chwili namysłu. Nie tu. Nie teraz.
                - Cieszę się, że wróciła panienka do normalności – powiedział, odsuwając się lekko. Z uśmiechem przyłożył rękę do piersi i pochylił głowę.

                Jego zachowanie zbiło ją z tropu. To był jakiś test? Czy próbował po prostu zmienić jej nastrój?
                Wpatrywała się w niego intensywnie. Mroczna aura zniknęła, a oczy kamerdynera wróciły do swojej pierwotnej, czerwonobrązowej barwy.  Czyli miała rację. Drażnił się z nią, by się na nim wyładowała.
                Po chwili przykryła dłonią oczy i pokręciła głową wzdychając.
                - Coś nie tak, pani? – usłyszała.
                - Tak. Jesteś niemożliwy – wzięła rękę i rzuciła mu rozbawione spojrzenie.
                - Do usług – pokłonił się.
                - Nawet nie próbuj tego powtarzać.   
                - Jak sobie panienka życzy – powiedział niby poważnym tonem, jednak na jego twarzy błądził uśmiech.
                Dziewczyna prychnęła cicho. Nagle przypomniała sobie coś ważnego.
                - Kupiłeś rzeczy z listy, którą ci dałam?
                - Oczywiście, panienko. Wszystko czeka na panienkę w sypialni.
                - Dobrze.
                - Chciałbym jednak, by panienka zajęła się tym po obiedzie. Będzie gotowy za dziesięć minut.
                - Niech będzie.
                Z tymi słowami ruszyła do wyjścia. Stanęła jednak w progu.
                - Sebastian? – odezwała się cicho, nie odwracając się.
                - Tak, panienko?
                - Dziękuję – dodała po chwili wahania i ruszyła do siebie.

                Przez resztę dnia nie mieli okazji porozmawiać. Mai ładowała po kolei broń i kładła je na łóżku lub wkładała do torby. Przyszykowała wszystko, co będzie jej potrzebne.
                Gdy skończyła, bazgrała coś w bloku, co chwilę zerkając na zegarek. Po dłuższej chwili zauważyła, że bezwiednie narysowała kruka z rozłożonymi skrzydłami. W zamyśleniu przejechała palcem po jednym z nich, lekko rozmazując węgiel. Westchnęła. Odłożyła szkicownik i położyła się na plecach. Włosy zwisały jej ponad krawędzią łóżka, luźno układając się na podłodze. Chciała oddalić się myślami od dzisiejszej nocy, jednak zamiast tego przychodziła jej do głowy tylko jedna rzecz. A właściwie to osoba.
                Nie walczyła z tym i pozwoliła obrazom płynąć. Przed oczami przewijały się różne sceny z jej życia. Cofała się coraz bardziej wstecz, widząc ciągle tą samą twarz. Wtedy przypomniała sobie Ich początki.

                - Zostaw mnie – powiedziała odsuwając się od demona.
                - Ale panienka ledwo trzyma się na nogach. Muszę panienkę zanieść w bezpieczne miejsce i opatrzyć.
                - To może poczekać – odparła i zaczęła powoli kuśtykać między trupami. Przyglądała się każdej mijanej twarzy, teraz wykrzywionych przez przerażenie.
                - Zabiłeś wszystkich? – spytała cicho.
                - Tak, jak panienka rozkazała.
                - Dobrze – mruknęła, nie zwracając uwagi na lekko zaskoczone spojrzenie nowego sługi. – Uwolnij wszystkie dzieci.
                - Mam je zaprowadzić do ich rodzin? – spytał.
                - Nie, poprowadź je na granice miasta. Niech znajdzie je policja. Wtopię się w tłum.
                - Tak, moja pani – skłonił się nisko, uśmiechając się z satysfakcją.
                - Jak się nazywasz? – spytała po chwili.
                - Będę z godnością nosił imię, jakie mi nadasz.
                - Wybierz sam. Nie jesteś moim psem – burknęła w odpowiedzi.
                - W takim razie, od dziś zwę się Sebastian Michaelis.



~*~

                - Mówiłam ci, byś mnie nie dotykał – warknęła cicho, gwałtownie zabierając rękę.
                - Gdyby panienka nie dotknęła gorącego garnka, nie musiałbym panienki opatrywać – odparł uprzejmie, z lekkim uśmiechem.
                - Daruj sobie tą ironię, zrozumiałam – burknęła i podała mu dłoń.
                Wzdrygała się za każdym razem, gdy czuła chłodny materiał jego rękawiczek na skórze.
                - Gotowe – odezwał się po chwili.
                - Dziękuję – wymamrotała pod nosem.
                - Zawsze do usług – jego szeroki uśmiech sprawił, że się skrzywiła.
                - Nie męczy cię to ciągłe bieganie za ludźmi?
                - Co ma panienka na myśli.
                - To, że w porównaniu do ciebie, wszyscy ludzie są słabi, beznadziejni i głupi. To, co dla ciebie jest błahostką, dla takich istot jak ja jest niemożliwe. To wygląda tak, jakbym ja miała służyć mrówce.
                - Ciekawa porównanie – zachichotał. – Odpowiedź brzmi: nie. Nie męczy mnie to. Mimo swoim dość nędznym możliwościom, część ludzi ma w sobie coś, czego nie mogę zrozumieć. Z każdym wiekiem dowiaduję się czegoś innego, patrząc, jak świat staje się waszym królestwem. Poza tym, każda dusza, którą pielęgnuję, jest nagrodą wartą wszelkiego zachodu.
                - Hmm… czyli rozumiem, że zrobisz dosłownie wszystko, będziesz się płaszczył przed największą ofermą, by potem dostać trofeum, które sam kształtowałeś.
                - Można tak to ująć.
                - Rozumiem. W takim razie nie zawiodę cię, demonie.
                - Wiem, pani. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości.


~*~


                - Proszę – powiedział, podając jej wilgotny ręcznik. Wzięła go i wytarła zakrwawione ręce. Obejrzała się za siebie, krzywiąc z obrzydzeniem.
                - Żałosne.
                - Nie brzydzi się panienka tego? Mogłaby panienka mi zlecać podobne zlecenia.
                - Nie trzeba. To moja zemsta, więc sama będę do niej dążyć. Bez względu na przelaną krew, czy odebrane życia. Wiem, jaki koniec mnie czeka, więc nic mnie nie powstrzymuje.
                - Rozumiem… w takim razie, będę kroczyć u twego boku, aż do tego czasu – uśmiechnął się drapieżnie.


~*~


                - Pani? Czas się szykować – nagle rozległ się cichy głos.

                Szybko wstała i spojrzała na zegarek. Nareszcie.

~~*~~ 

                 Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu! :D
Jutro wyjeżdżam i nie będzie mnie 12 dni, więc rozdział będzie później. Nie chcę dodawać z automatu takich kawałków xD  Tak więc proszę, czekajcie na mnie i nie znienawidźcie za kolejny koniec i niespełnione miłostki :*


                 Do napisania! 

24 lip 2015

XXX

                - … dziwnego? – spytał zaciekawiony. Zwykle jeśli cokolwiek śniło się jego pani, były to koszmary.
                - Tak – ucięła.
                Lokaj przez chwilę wpatrywał się w dziewczynę zainteresowany. Potem jednak wstał, skłonił się i wyszedł, by przygotować jej lekką kolację. Cały czas jednak próbował wymyślić, co za sen doprowadził dziewiętnastolatkę do takiego stanu.

                Wypuściła głośno powietrze ustami. Udało się. Choć wiedziała, że ciekawość demona nie pozwoli mu zapomnieć o jej zachowaniu, to poczuła ulgę, że nie drążył tematu. Gdyby tylko zapytał, zapewne przed oczami stanąłby jej obraz ze snu, czego nie chciała. Nie wiedziałaby jak zareaguje.
                Potrząsnęła lekko głową i poklepała się mocno w policzki, by sprowadzić myśli na ziemię. To się wymyka spod kontroli. Zerknęła przez okno na powoli ciemniejące niebo. Chciała, by nastała już kolejna noc. Wtedy nie musiałaby się już niczym martwić. Westchnęła. Nie ma tak dobrze.
                Jako że stół był zajęty przez broń, Mai przeszła do swojego biura. Usiadła na krześle i sięgnęła po otwartą książkę, która leżała na biurku. 
                - O Panie, zakryj mi oczy! O Panie, zakryj mą twarz! Schowaj mnie w dłoniach lub rzuć w wieczność cierpienia… Otul mą duszę! Otul me serce lub dziś jeszcze je wyrwij. Nie znana Twa wola… - wydawało się, że szeptane słowa odbijały się od ścian pokoju i wracały do niej.
                Przerzuciła kilka stron oszołomiona. Na każdej stronie znajdował się jeden wiersz. Spojrzała na ostatni wpis.
                -  Może kiedyś przyjdzie taki dzień, że przestanę wspominać utracone dni. Może kiedyś przyjdzie taki dzień, że będę mogła spojrzeć ci w oczy. Może kiedyś przyjdzie taki dzień, że przestanę o tobie śnić. Może kiedyś przyjdzie taki dzień, że miłość odejdzie. Może kiedyś przyjdzie taki dzień, że będę się uśmiechać. Może kiedyś przyjdzie taki dzień, że będę się cieszyć życiem. Może kiedyś przyjdzie ten dzień i w końcu będę szczęśliwa.

                Skąd…? Zamknęła gwałtownie książkę, a właściwie zeszyt. Skąd to się tu wzięło?! To nie miało prawa istnieć. Nigdy ich nie spisała. Nieświadomie gniotła kartki. Rozejrzała się dookoła. Jej wzrok zatrzymał się na kominku. Szybko wstała i podeszła do niego. Odkręciła kurek z gazem i podpaliła go. Cieszyła się, że kazała Sebastianowi wymienić piec na nowy. W jednej chwili buchnął gorący ogień. Po chwili wrzuciła do niego pomięty rękopis. Patrzyła jak strony czernieją i kurczą się, jednak niepokój nie zniknął. Czy on…?
                - Pani? – rozległ się cichy, melodyjny głos.

                Kamerdyner przyglądał się jej przez chwilę. Zawołana, odwróciła się powoli i spojrzała na niego. Zamarł zobaczywszy wyraz jej oczu. Po raz pierwszy widział w jej oczach taką mieszankę strachu i gniewu.
                - Co się stało…? – spytał odkładając tacę z jedzeniem na blat i podchodząc do kominka.
                Czarnowłosa cały czas na niego patrzyła, a on nie mógł oderwać od niej wzroku.  W pomieszczeniu panowała pełna napięcia cisza, którą co jakiś czas przerywało trzaskanie ognia w kominku.
                - Może kiedyś przyjdzie taki dzień… - powiedziała cicho, wpatrując się w niego intensywnie. 
                Przekręcił głowę na bok.
                - Słucham?
                Po kolejnej długiej chwili, Mai odwróciła się, ponownie patrząc w ogień.
                - Nieważne… nieważne… - szepnęła i podeszła do biurka, by opaść ciężko na krzesło.
                Zakryła dłońmi twarz, więc nie widział jej miny, jednak atmosfera znacznie się rozluźniła.
                - Panienko…? – mruknął zagubiony. Zachowywała się co najmniej dziwnie.
                - A już myślałam… - zdawała się go nie słyszeć. – Ale jednak ktoś to napisał…
                - Przepraszam, że przeszkadzam, ale mogę wiedzieć, co się stało? – uniósł głos, zirytowany.
                Nigdy nie była wylewna, jednak przez ostatnie parę miesięcy ukrywała przed nim każdą błahostkę. Zaczynał mieć tego dosyć.
                - Nie irytuj się tak – powiedziała niby poważnie, jednak wyczuł w jej głosie nutę kpiny. – To ciebie nie dotyczy.
                - Wszystko, co dotyczy mojej pani, dotyczy również mnie – skłonił się, jednak w środku gorzał w nim gniew.
                - Tak, tak. Do jutra. Możesz już iść – na jej twarz powróciła zimna maska.
                Jeszcze raz się pokłonił i wyszedł szybkim krokiem z pomieszczenia.
                - Lepiej będzie kiedy mnie znienawidzisz… - dotarło do jego uszu, nie był jednak pewien, czy obie tego nie wyobraził.

                Dziewczyna odchyliła się na oparcie i westchnęła cicho. Nagle przypomniała sobie o rzeczach, które kazała kupić lokajowi. Po chwili jednak uspokoiła się. To oczywiste, że wykonał zadanie. Jak zwykle… Poczuła uścisk w piersi. Już niedługo.

~*~

                Dochodziła godzina dziewiąta. Jak na siebie spała wyjątkowo długo, jednak chciała się napawać ostatnim snem. Dzisiaj w nocy wszystko się rozstrzygnie. Czekała na to trzy długie lata. Trzy lata poszukiwań, udawania i ukrywania emocji. W końcu nadchodzi tego kres.
                Wtedy rozległo się pukanie do drzwi, przerywając jej rozmyślania.
                - Przyniosłem panience śniadanie – oznajmił Sebastian, wchodząc do środka. Nie skomentował tego, że wciąż leżała w łóżku. Po prostu położył tacę na stoliku nocnym, ukłonił się i wyszedł.
                - Więc plan się powiódł – uśmiechnęła się smutno do siebie.
                Jeśli jeszcze dzisiaj miała zginąć, to wolała, by do tego czasu demon ją znienawidził. Widać było, że nadal złości o jej wczorajsze zachowanie, jednak tak było lepiej. Musiała tylko odpowiednio ten gniew ukierunkować. Wgryzła się w słodką bułkę i spojrzała na rzędy wypolerowanej broni, leżącej na stole. Poczuła ekscytację. Z nieco lepszym humorem opadła na poduszki. Dzisiaj będzie dobry dzień.

                Po południu zaszyła się w bibliotece i skulona w fotelu kończyła książkę o upadłym aniele. Ostatnio nie miała nastroju na romanse, chciała jednak poznać zakończenie. Mimo swojej przewidywalnej fabuły, nie odrywała się od lektury przez bite parę godzin. Walka między „dobrymi” i „złymi”, poświęcenie dla ukochanej, zwycięstwo i… śmierć. Zmarszczyła czoło. Oboje bohaterów umiera. Koniec. Odłożyła lekko zdegustowana tomik, jednak po dłuższym namyśle, wzięła go ponownie do ręki.
                - Śmierć we dwoje, hę? – mruknęła pod nosem.
                Nagle poczuła mrowienie na karku i wiedziała, że nie jest sama. Nie ruszyła się jednak.
                - Rozczarowana zakończeniem? – rozległ się cichy głos.
                - Hmm, niezbyt. Raczej zaskoczona. Jednak nie była to zła książka – odparła, wstając i wkładając ją na swoje miejsce. Pogładziła palcem grzbiet i odwróciła się.
                Demon stał w wejściu, wpatrując się w nią żarzącymi się na czerwono oczami.
                - Co z tym spojrzeniem? – spytała lekko drwiąco.
                - Ta gra na mnie nie działa – szepnął po dłuższej chwili.
                - Ach tak? Szkoda… - westchnęła.
                Nagle lokaj stał tuż przed nią, a ona wpatrywała się w jego usta. Cieszyła się, że jest wysoka, teraz jednak nie było jej to w smak. Chciała się odsunąć i powiedzieć coś obraźliwego, jednak wzrok sługi skutecznie ją sparaliżował. Co się…?
                - Wiem więcej niż panienka myśli. Jako twój wierny sługa, staram się, by wszystko było takie, jak sobie panienka zażyczy. Nie mogę jednak tego robić, jeśli dalej tak będzie. Mam obowiązek służyć ci, pani aż do samego końca. Dlaczego więc moja pani ukrywa przede mną coś, co ją trapi?
                Jego ton przyprawiał ją o dreszcze. Powstrzymała jednak niepokój i zmarszczyła czoło.
                - Co ty sobie wyobrażasz? To, że mi usługujesz, nie znaczy, że muszę ci się ze wszystkiego zwierzać. Znaj swoje miejsce, demonie – syknęła.
                - Ach tak?
                Wydawało się jakby światło zgasło, a pokój wypełnił mrok, ona jednak patrzyła tylko w dwa jarzące się punkciki na tak dobrze znanej jej twarzy. Mogła w każdej chwili wydać stosowny rozkaz, jednak nie zrobiła tego. Stała i patrzyła. Wtedy pochylił się tak, że ich twarze znajdowały się na tym samym poziomie.

                - Zobaczymy… moja pani.


~~*~~

Rozdział jeszcze ciepły, więc wybaczcie mi ewentualne błędy x.x Ale mam nadzieję, że się podobało i przypadł Wam do gustu ten mały stresik pod koniec. Już spałam pisząc te notki, więc dodałam trochę akcji xD Liczę na opinie w komentarzach! :D
Pozdrawiam wszystkich i do napisania! ;3