10 kwi 2015

XIV

                - Na pewno chce panienka to zrobić? Jak tam wejdziemy, nie będzie już odwrotu. Będziemy mogli wrócić dopiero jutro o północy – ostrzegł.
                - Wiem, Sebastianie. Ruszajmy.
                Lokaj westchnął.
                - Dobrze więc. Będę musiał jednak panienkę tam zanieść.
                Mai wzdrygnęła się. Dotyk.
                - Musisz mieć wolne ręce. Nie wiadomo, na co się natkniemy.
                - W takim razie… - odwrócił się do niej plecami i ukucnął.
                Z westchnieniem rezygnacji, dziewczyna zarzuciła mu ręce na szyję, a demon wstał, podtrzymując jej nogi. Czuła chłód jego skóry przez cienki materiał leginsów.
                - Ruszaj – rozkazała.
                Sebastian zaczął mruczeć coś pod nosem w nieznanym jej języku. Pod jego stopami pojawił się świecący znak ich kontraktu. Im lokaj dłużej mówił, tym symbol robił się jaśniejszy. Po krótkiej chwili ogarnęła ich ciemność. Zniknęły światła rezydencji, ciche odgłosy życia na przedmieściach. Zamiast tego, Mai poczuła suchy wiatr.
                Nagle cała sceneria się zmieniła. Stali na czerwonej, spękanej ziemi. Bordowe niebo oświetlały dwa czerwone księżyce. Pierwszym, co zauważyła, był brak gwiazd. Poczuła lekkie ukłucie pustki. Kochała gwiazdy. Zaraz jednak pozbierała się i dokładniej rozejrzała dookoła. Wyglądało to, jakby znajdowali się na skalnej pustyni. Zero zielonej roślinności, tylko suche krzaki, sterty kamieni, klify i jaskinie. Aura była przytłaczająca, wszędzie czuć było obecność demonów. Czerwone ślepia łypały na nich z ciemności; to z szczeliny tak wąskiej, że wydawałoby się, że nikt się tam nie zmieści, to z cienia wysokiego głazu. Jednak nie podchodziły. Wiedziały, że Sebastian jest od nich nieskończenie silniejszy, a wolały nie ryzykować życiem. Tak więc patrzyły tylko, jak demon niesie Mai na barana.
                - Wszystko w porządku, panienko?
                - Mhm. Czy to wymiar demonów? – spytała ciekawa.
                W jej głosie nie było ani cienia strachu czy zaniepokojenia. Tylko zainteresowanie i skupienie. Zdziwiło go to. Zatrzymał się i odwrócił głowę tak, że jednym okiem widział twarz pani.
                - Tak. Nie boi się panienka?
                - Nie. Czemu? – odpowiedziała lekko się spinając.
                - Dziwne. To miejsce budzi przerażenie w każdej żywej istocie. W tej chwili powinna panienka tracić zmysły i błagać o śmierć, byle tylko zabrać panienkę z tego miejsca – wyjaśnił.
                - Hmm… Daleko mi do tego – mruknęła i rozglądała się dalej.
                Było tu sporo kryjówek, jednak w każdym kącie było pełno stworów. To mogło przeszkadzać. Jednak nie raziło to dziewczyny. Patrząc na monotonny krajobraz, zdawała się rozumieć, dlaczego część demonów udała się na ziemię i zaczęła zawierać kontrakty z ludźmi. Z tego, co mówił Sebastian, kiedyś były ich setki. Teraz zostały tylko pojedyncze sztuki.
                - Na pewno wszystko w porządku? – upewniał się.
                - Tak. Przestań.
                - Jak sobie życzysz.
                Szli dalej w milczeniu. Mimo że całe jej ciało wyrywało się tylko, by zeskoczyć z pleców lokaja, powstrzymała się. Zimny dotyk przeszywał ją aż do kości, ale wiedziała, że kiedy tylko jej stopy dotkną ziemi, zostanie uznana za cel. Najpierw muszą  t a m  dotrzeć. 
                Rozmyślała nad tym, co będzie musiała zrobić, gdy nagle poczuła dziwny ucisk w głowie. Walczyła z nim, jednak nie ustępował. Po chwili nie mogła go znieść i uległa, a wtedy nastała ciemność. Nic nie widziała, nawet najmniejszego promienia światła. Zamarła.
                - Sebastianie… nic nie widzę – powiedziała cicho.
                - Co się stało? Jak się panienka czuje? – zaczął od razu wypytywać.
                - Jakby coś mi uciskało głowę. Nic nie widzę. Zabierz to – mruknęła zirytowana.
                Ta niemoc ją denerwowała. Nie mogła nic zobaczyć, więc była łatwym celem. To mogło zepsuć jej fortel.
                Demon przeniósł ją sobie z pleców na ręce i posadził na kamieniu. Czuła, gdzie się znajduje. Wiedziała, że intensywnie się w nią wpatruje. Siedziała cicho, mimo że miała ochotę go popędzić.
                - Proszę wybaczyć, będę musiał panienki dotknąć – mruknął.
                Mai wzdrygnęła się lekko, ale kiwnęła głową. Poczuła lodowate palce, które delikatnie sunęły po jej policzku. Zamknęła oczy i zamarła. Zdjął rękawiczkę. Dotykał jej skóry. Chciała się odsunąć, ale tego nie zrobiła. Czekała. Po chwili Sebastian przesunął opuszkiem najpierw po jej ustach, a potem po powiekach.
                - Może panienka otworzyć oczy – oznajmił po chwili.
                Tak zrobiła. Ujrzała twarz lokaja. Jego oczy miały głęboką rubinową barwę. Był poważny. Marszczył lekko brwi, przyglądając się uważnie dziewczynie.
                - Nie rób takiej miny, bo jeszcze pomyślę, że się martwisz – powiedziała lekko kpiąco.  
                Demon wyglądał przez chwilę na zaskoczonego, jednak zaraz opanował się i uśmiechnął lekko.            
                - Dobrze, że panience nic nie jest.
                - Kto mnie zaatakował? – spytała. Domyśliła się, że demon musiał ją w jakiś sposób omamić.
                - Pewnie jakieś podrzędne stworzenie szukało szczęścia – powiedział zadowolony z jej dedukcji. – Powinna panienka nie żyć.
                - W takim razie, co mnie chroni? – spytała.
                - Proszę wybaczyć, ale nie mam pojęcia – rzekł niepocieszony.
                Najwyraźniej działo się coś, czego nie umiał wytłumaczyć. Nie był nieomylny. Mai wiedziała, że kiedyś to wykorzysta.  
                - Trudno. Chodźmy dalej – rozkazała, a lokaj znów wziął ją na plecy.
                Tym razem była czujniejsza. Co chwilę skupiała się na swoim ciele, sprawdzając, czy nic dziwnego się z nią nie dzieje. Patrzyła dookoła, szukając potencjalnego napastnika. Jednak nic się nie działo. Szli dalej. Zastanawiała się, jak dziwnie musieli wyglądać. Przystojny demon we fraku, niosący na plecach uzbrojoną po zęby ludzką dziewczynę przez pustynię.
                - Niedługo będziemy na miejscu – odezwał się po dłuższej chwili.
                Zaalarmowana, zerknęła przez ramię Sebastiana. W oddali, niczym mały czarny punkt na horyzoncie, majaczył cel ich podróży. Smocza jama. Lokaj opisywał ją jako ogromne opustoszałe  zamczysko na szczycie klifu, do którego żadne stworzenie nie chciało się zbliżyć. Gdzieś tam żył Damien. Czekał na nich.
                Jakiś czas później, Mai zobaczyła, jak wielki jest ten budynek. Kilkadziesiąt metrowy klif, z którego wydawał się wyrastać gigantyczny zamek. Szare kamienie kontrastowały z czerwoną glebą, nadając mu tajemniczy, mroczny wygląd. Budził strach. Jednak nie w niej.
                Kamerdyner chwycił ją mocniej i skoczył. Wylądował lekko na samym szczycie wzniesienia. Drewniane wrota stały otworem, jakby zapraszając ich do środka. Lokaj delikatnie postawił nogi dziewczyny na ziemi.
                - Panienko, zanim tam wejdziemy, chciałbym, by panienka to założyła – powiedział, wyjmując z kieszeni marynarki ładny, srebrny łańcuszek z zawieszką w kształcie pióra z ametystu. – To zapobiegnie atakom pomniejszych demonów. Jednak nie zadziała na te silniejsze – spojrzał na nią wymownie.

                Dziewczyna odwzajemniła spojrzenie i odgarnęła włosy, by mógł jej zapiąć naszyjnik. Nie podobało mu się, że tu była. Żaden człowiek nigdy nie powinien wiedzieć o tym wymiarze. Jednak przechytrzyła go. Nadal nie był pewien jak. Jedno wiedział na pewno: nie pozwoli, by spadł jej włos z głowy. Już raz ją zawiódł. Nie będzie miał kolejnej szansy. Straci swoją cenną duszę. Musiał więc dopilnować, by wszystko potoczyło się zgodnie z planem jego pani. Sam był tym zaskoczony, ale wierzył w nią. Wierzył w tą słabą, upartą istotę, która mieszała mu w głowie.
                Teraz polecił jej, by złapała go za marynarkę. Nie był pewien, co zastaną w środku. Weszli ostrożnie do środka, a drzwi zatrzasnęły się z hukiem. Znaleźli się w dużym przedsionku. Wnętrze było wolne od ozdób, otaczały ich tylko szare, kamienne mury. Ruszyli dalej, wzdłuż korytarza, w kierunku bladego czerwonego światła wydobywającego się po lewej stronie. Gdy tam dotarli, ich oczom ukazał się ogromny plac otoczony kolumnami. Czuło się tu przytłaczający ogrom całego zamczyska. Sebastian odwrócił się, by sprawdzić, czy Mai dalej jest przy nim.
                Dziewczyna trzymała go za krawędź marynarki i rozglądała się dookoła. Wyglądała, jakby jej się tu podobało. Nie mógł w to uwierzyć. Człowiekowi spodobał się świat strachu i demonów. Przyglądał się jej przez chwilę, próbując odczytać jej emocje, jednak na próżno. Jak zwykle, jej myśli były dla niego niedostępne.
                Lokaj poczuł nagle, że ktoś się im przygląda. Odwrócił głowę równocześnie ze swoją panią. Po drugiej stronie placu, zakapturzona postać opierała się o jedną z kolumn. Czarna szata pokrywała ją od stóp do głów, jednak nie było wątpliwości, kto to jest. Tak silną aurę mógł mieć tylko demon równie potężny, co Sebastian. Damien.   
                - Witaj, Sebastianie. Widzę, że przyprowadziłeś gościa – odezwał się.

                Mai słuchała przez chwilę echa jego głosu. Czuła energię, która go otaczała. Była przytłaczająca i zimna. Ze zdziwieniem stwierdziła, że różniła się od tej, która należała do jej lokaja. On był otoczony delikatnym blaskiem. Nie był to gorący, miły płomień, ale nie mroził. Może nawet ogrzewał. A aura Damiena była niczym przeciwieństwo ciepła. Biła od niego lodowata nienawiść. To wszystko pojawiło się w jej głowie w ułamku sekundy.
                Kamerdyner spiął się na jego słowa. Zasłonił dziewczynę ciałem. Ta jednak wyminęła go i zrobiła parę kroków do przodu. Wyjęła z plecaka czarne pióro, które znaleziono na miejscu drugiego zabójstwa. Rzuciła je na ziemię.
                - Znudziły mi się te zwody. Twoje metody są prostackie jak tylko się da. Nigdy nie widziałam żałośniejszych zasadzek. Czas zakończyć te farsę.
                - Co chcesz niby zrobić? – spytał rozbawiony demon.
                - Domyśl się, mistrzu zagadek – odparła.
                Damien roześmiał się w głos.
                - Podobasz mi się. Taka mała, krucha istotka… a tak wierzga. Nie już będziesz taka odważna, kiedy powyrywam ci te chude rączki – mruknął. – Choć, kto wie? Jesteś niebrzydka jak na człowieka.
                - Pomarz sobie – odparła.  
                W tej chwili zza pleców wyjęła dwa kolejne pióra, tym razem związane ze sobą pędami ziół. Sebastian podszedł do niej i zapalił je dotykając palcem w rękawiczce.
                - Co ty…? – zaczął zakapturzony, ale urwał, gdy zobaczył, że wiązanka zapłonęła czerwonym płomieniem.
                Mai upuściła ją na ziemię, a ogień rozprzestrzenił się wokół placu.
                - Ty… jak śmiesz nas wiązać? – warknął.
                - Sam dostarczyłeś mi potrzebne środki. Ja je tylko wykorzystałam. Wykopałeś swój własny grób – powiedziała.
                Ledwo skończyła zdanie, a Damien rzucił się na nią. Sebastian zagrodził mu jednak drogę i potężnym kopnięciem odrzucił go na bok.
                - Panienko, prosiłbym, by udała się panienka w bezpieczne miejsce.
                - Wykonuj swoje zadanie, demonie – odparła chłodno. Lokaj rzucił się w wir walki, a w tym czasie dziewczyna uklękła, grzebiąc w plecaku. Wyjęła ciemne zawiniątko i położyła je obok. Potem chwyciła kredę i zaczęła rysować. Naszkicowała znak ich kontraktu. Przedmiot położyła na środku kręgu i wstała. Wyciągnęła sztylet z jednej z kryjówek i nacięła wnętrze dłoni tak, jak wcześniej kazał jej zrobić. Potem uwinęła skaleczenie chustką i odwróciła się w kierunku walczących. Byli tak szybcy, że nie nadążała wzrokiem. Nie wiedziała, czy Sebastian wygrywa, czy może właśnie ostatkiem sił walczy o życie. Nie mogła nic zrobić. Tylko czekać.

                Był silny. I szybki. Jednak byli prawie tak samo potężni, więc nikt nie zostawał w tyle. Każdy atak spotykał się z unikiem, tylko po to, by zaraz sytuacja się odwróciła i atakujący zaczął się cofać. Ile to lat czekał, by w końcu pozbyć się rywala. W przeszłości toczyli wiele bitew. Ta jednak była inna. To była walka o życie.
                - Zapłacisz za wszystko, co zrobiłeś – syknął zakapturzony, próbując wbić pięść w twarz lokaja. Tan jednak zgrabnie uniknął ciosu i sam zaatakował.
                Trwali w tym stanie już dłuższy czas, gdy nagle Damien odskoczył od przeciwnika. Odrzucił kaptur do tyłu. Byli do siebie bardzo podobni. Ciemnowłosi, przystojni, o pociągłych twarzach i czerwonych oczach. Coś było jednak nie tak. Ten pierwszy się uśmiechał.
                - Spóźniłeś się, chłoptasiu – powiedział, śmiejąc się szyderczo.
                Sebastian spojrzał w lewo, gdzie ostatnio widział Mai. Teraz była otoczona przez powykręcane bestie, które zawzięcie ją atakowały. Cięła je sztyletami, rzucała nożami, biła opancerzonymi nogami, jednak było ich zbyt wielu. Widać było, że walczy już od dłuższej chwili. Powoli słabła.
                Nie mógł uwierzyć. Tak pochłonęło go przekomarzanie się z dawnym rywalem, że nie zauważył, że jego pani jest w tarapatach. Rzucił się od razu w jej stronę, jednak silne uderzenie odrzuciło go w bok. Upadając usłyszał, jak pękają pod nim kamienie.
                - Ja jestem twoim przeciwnikiem. Nie pozwolę ci jej uratować – szepnął Damien.
                Koniec zabawy. Sebastian czuł, jak wzbiera w nim ściekłość. Nie zważając na obecność człowieka, przybrał swoją prawdziwą formę.
                - Nie wchodź mi w drogę – odezwał się powielonym głosem.
                - Czas się zabawić – odparł demon również się przemieniając.

                Dziewczyna opadała z sił. Nie mogła nadążyć za dziesiątkami demonów, które ją otaczały. Jej mięśnie zaczynały się męczyć. Nigdy mocniej nie czuła, jak bardzo jest słaba. Im więcej zabiła stworów, tym więcej ich się pojawiało. Czarne, zniekształcone cienie o wygłodniałych, żółtych ślepiach, coraz usilniej nacierały. Nagle coś pociągnęło ją za nogę. Upadła. Momentalnie rzuciło się na nią kilka bestii. Czuła, jak tną jej skórę, z łatwością przedzierając się przez materiał bluzki.
                Rozpaczliwie sięgnęła do ukrytej kieszeni i wyciągnęła szklaną fiolkę. Rozbiła ją o kamienną posadzkę. Po jej dłoni popłynął płyn, a demony odskoczyły. Mai, oddychając ciężko, wstała i chwiejąc się na nogach, wyciągnęła drugą probówkę. Wyciągnęła z niej korek i wylała na siebie. Poczuła zapach wody święconej. Nie sądziła, że to zadziała, ale poczuła ulgę, gdy cienie cofnęły się i uciekły. Miała dość.
                Spojrzała na walczących. Oniemiała patrząc na demony w ich prawdziwych formach. Byli przerażający, ale jednocześnie nieludzko piękni. Wokół nich latały ciemne pióra. Już czas. Podeszła do wcześniej narysowanego okręgu, ignorując przeszywający ból pleców. Stanęła w jego środku, uważając, by nie nadepnąć na zawinięty przedmiot.
                - Sebastianie Michaelis! – powiedziała cicho, a jej wzmocniony głos odbił się od ścian budynku, tak, że zdawało się, że mówi cały tłum, a nie ona jedna – Rozkazuję ci wygrać i zabić tego tu demona.
                - Tak, moja pani – rozległ się podobnie powielony głos.
                              
                Poczuł przypływ sił. Dała radę. Pokonała demony i wykonała zadanie. Teraz jego kolej. Rzucił się na Damiena z nową zaciętością. Nie miał czasu na zabawy. Musiał opatrzyć Mai. Sprawdzić, czy wszystko w porządku. Zapewnić jej bezpieczeństwo. Tylko dlatego pozwolił, by tu była. Bez niej nie dałby rady.
                - Giń – mruknął i uderzył z całej siły. Demona odrzuciło, aż wybił dziurę w ścianie zamku. Wtedy wszystko zaczęło się trząść. Cały klif drżał razem z budynkiem. Sebastian spojrzał na Mai. Leżała obok kręgu. Wokół niej pojawiły się pajęcze pęknięcia. Wszystko zaczęło się walić. Chciał rzucić się jej na ratunek, lecz wtedy poczuł jak pięść Damiena przeszywa jego ciało. Nie upewnił się, że umarł.
                - To koniec, Sebastianie. Przegrałeś.
                Spojrzał w dół, na pięść wystającą z jego klatki piersiowej, a potem na dziewczynę. Patrzył, jak ziemia pod nią się zawala, a ona zaczyna spadać…



~~*~~


                 Uff, w końcu xD Dość dlugo męczyłam się z tym rozdziałem, więc mam nadzieję, że Wam się spodoba ^^ (jest dłuższy! D:)  
Niżej dodam jeszcze art przedstawiający Damienia (a przynajmniej sposób, w jaki ja go widzę x3). Rysunek wzorowany, ale myślę, że nie jest źle xD 
                 I proszę, nie zabijcie mnie za to zakończenie: to wszystko wina Mei <3 (już ty wiesz za co ^^) 
Hehe, to do napisania we wtorek i miłego weekendu! :3  



7 kwi 2015

XIII

                - Wszystko w porządku, panienko? – spytał Sebastian, odsuwając się od niej.
                Nie dotknął jej, ale i tak rzuciła mu zimne spojrzenie. Zaraz jednak o nim zapomniała, gdy zobaczyła, że śledczy leży na bruku, a pod nim rośnie kałuża krwi.
                - Leo – szepnęła i doskoczyła do mężczyzny.
                Był nieprzytomny. Kula przeszła tuż obok serca. Rzężący oddech wskazywał, że przebiła mu płuco. Mai przycisnęła dłoń do rany, by się nie wykrwawił.
                - Dzwoń na pogotowie – rzuciła do lokaja.
                Ten skłonił się i wyciągnął z kieszeni komórkę. W czasie, gdy rozmawiał, dziewczyna starała się przytrzymać Stones’a przy życiu, przeklinając w myślach.
                Kiedy przyjechała karetka, sanitariusze założyli specjalny opatrunek i wzięli Leo na nosze. Mai patrzyła jak go zabierają. Gdy zniknęli za rogiem, dalej się nie ruszyła.
                - Panienko…? – odezwał się Sebastian po dłuższej chwili.
                - Wiedziałeś o napastniku.
                To nie było pytanie. A lokaj nie zaprzeczył. Tego było za wiele. Przesadził. Dziewczyna podeszła do niego i wymierzyła mu siarczysty policzek zostawiając smugę krwi śledczego.

                Demon stał osłupiały. Uderzyła go. Mai go uderzyła. Nigdy z własnej woli go nie dotknęła. Nigdy nie pokazała wprost, że jest zła.
                Cios nie mógł go zaboleć. Zresztą, nie musiała użyć siły. Liczył się sam fakt. Nawet nie drgnął, ale coś poczuł. Coś mrocznego, nieprzyjemnego, co zagnieździło się gdzieś w jego piersi. Żal? Nienawiść? Wstyd? … Smutek?
                - Rozkazuję ci znaleźć napastnika i przyprowadzić go do mnie. I jeśli jeszcze raz zrobisz coś takiego, to przysięgam, że gorzko pożałujesz – szepnęła jego pani i minęła go.
                Znowu. Nigdy nie użyła tych słów. Nie rozkazywała mu wprost. Zawiódł. Bez słowa zniknął, zostawiając dziewczynę samą na parkingu.

                Po około minucie przyjechał radiowóz. Wyhamował gwałtownie przed Mai. Z auta wyskoczyli jej znajomi z biura. Gdy zobaczyli ją całą we krwi, podbiegli szybko. Słyszeli, że Leo został postrzelony. Nie odpowiadała. Była zła. Nie słuchała, co do niej mówią. Nie interesowało jej to.
                - Zabierzcie mnie stąd – powiedziała po prostu. Część z nich została na miejscu, by zbadać okolicę, a dwoje znajomych zawieźli ją do szpitala, choć o to nie prosiła. Tam umyła się i ogarnęła myśli.
                Stała przed przeszkloną ścianą do pokoju partnera i patrzyła, jak śpi pod cienką kołdrą. Korytarz śmierdział chemikaliami, a jarzeniówki raniły jej oczy. Nie chciała tu być. W momencie, gdy o tym pomyślała, podszedł do niej doktor. Był to niewysoki, ciemnowłosy mężczyzna po czterdziestce z okularami na łańcuszku.
                - Przepraszam, kim pani jest? – spytał.
                - Mai Word. Pracujemy razem – odpowiedziała bez emocji, znowu odwracając się do szyby.
                - Rozumiem. Jeśli pani chce, może pani wejść do środka. Jest pod wpływem leków przeciwbólowych, ale może się obudzić.
                Kiwnęła głową, jednak nie ruszyła się. Lekarz odszedł. Zapadła cisza. Dziewczyna nie czuła jak mija czas. Ile tak stała? Minutę? Kwadrans? Godzinę? Nie wiedziała.
                Wtedy Leo się obudził. Otworzył oczy i rozejrzał się dookoła. Potem zobaczył, że Mai stoi na zewnątrz. Jego usta wyszeptały jej imię. Wołał ją. Weszła do pokoju i usiadła obok łóżka. Jej twarz była jak maska. Bez emocji.
                - Mai… co się stało? Nic nie… nic nie pamiętam – mruknął.
                - Postrzelono cię – powiedziała zimno.
                - Co? Czemu?
                - Z mojej winy.
                Śledczy patrzył na nią osłupiały.
                - Nie gadaj bzdur.
                - To prawda. Od dawna ktoś mnie ściga, a ja wyszłam z tobą. Naraziłam cię na niebezpieczeństwo. Napastnik miał mnie zdjąć. Stałeś mu jednak na drodze. Dlatego teraz tu jesteś.
                - To… nie obwiniaj się, Mai – powiedział. – Żyję.
                - Nie dzięki mnie. Odpoczywaj, Leo – szepnęła i wyszła. Na korytarzu siedzieli ludzie, którzy zabrali ją z parkingu.
                - Obudził się – powiedziała tylko i wyszła z budynku.
                Parę godzin później była przed rezydencją. Przeszła piechotą dobre piętnaście kilometrów, było już ciemno. Była głodna i przemarznięta, ale jej to nie obchodziło. Otworzyła kluczem furtkę, a potem drzwi. Zdjęła płaszcz, buty. Wykonywała te czynności automatycznie, bez  zastanowienia.  Weszła boso po schodach. W pokoju przebrała się i stanęła koło łóżka. Co teraz?
                Nagle zobaczyła przed oczami scenę, gdy uderzyła Sebastiana w twarz. Osłupienie w jego oczach. Bezużyteczny głupiec. W tym momencie usłyszała pukanie do drzwi.
                - Pani, przyprowadziłem napastnika – powiedział, nie otwierając.
                - Zaprowadź go do sali numer dziewięć i zostań tam – rozkazała.
                Usłyszała kroki, jak odchodził. Westchnęła i przetarła twarz. Zeszła na dół do kuchni i wyciągnęła z lodówki kawałek ciasta. Zobaczyła, że woda w czajniku się gotuje. Lokaj musiał go wstawić na gaz. Teraz wyciągnęła swój ulubiony, biały kubek i zalała wrzątkiem torebkę herbaty rozgrzewającej. Na naczyniu pod wpływem temperatury pojawiły się czarne zacieki. Wzięła talerzyk z deserem do drugiej ręki i ruszyła na trzecie piętro. Gdy stanęła przed drzwiami z namalowaną czarną farbą dziewiątką, te otworzyły się i stanął w nich Sebastian. Mai wyminęła go i weszła do środka.
                Było to niezbyt duże pomieszczenie z wyłożonymi szarą pianką ścianami, drewnianym stołem i dwoma krzesłami po środku. Na jednym z nich siedziała blondwłosa kobieta przed trzydziestką. Patrzyła przerażona to na lokaja, to na nią. Dziewczyna postawiła naczynia na stole i opadła na siedzenie. Odkroiła kawałek ciasta widelcem i włożyła go do ust. Żując, czuła napięcie napastniczki. Siedziała cicho, jednak nie spuszczała z nich oczu. Znała swoje położenie i zaakceptowała je, czekając na ciąg dalszy wydarzeń,
                - Nie jesteś taka głupia – powiedziała nagle , patrząc na blondynkę.
                Ta spojrzała na nią zaskoczona. Miała zielone oczy i małe usta. Była nawet ładna. Szkoda.
                - Słucham? – spytała dość niskim głosem.
                - Powiedziałam, że nie jesteś głupia. Jak się nazywasz?
                Lokaj chciał odpowiedzieć, jednak Mai, nie patrząc na niego, uniosła rękę, dając mu znak, by zamilkł. Kobieta patrzyła jej przez chwilę w oczy, a potem wzdrygnęła się i wbiła spojrzenie w blat.
                - Kate Michael – mruknęła.
                - Dobrze, Kate. Widzę, że wiesz, w jakiej sytuacji się znajdujesz – odparła, wkładając kolejną porcję tortu do ust. – Masz szczęście, że cię jeszcze potrzebuję.
                - Do czego? – spytała Kate. Dziewczyna upiła łyk herbaty.
                - Kto cię zatrudnił? – Kate zamrugała zaskoczona. – Tak, wiem, że jesteś agentem do wynajęcia. O ile się nie mylę, to miało być twoje pierwsze zabójstwo.
                - Prawda…
                - Więc?
                - Nie wiem… naprawdę. Dostałam list z dokładnymi danymi i połową nagrody. Tak więc poszłam tam, gdzie mi kazano i czekałam. Ale spudłowałam – spojrzała na Sebastiana. – Przez niego. Kiedy chciałam uciec, złapał mnie.
                - Hmm… i co ci powiedział, że tak potulnie odpowiadasz? – spytała Mai.
                - On… - wzdrygnęła się. Potem spojrzała przerażona na dziewczynę. – Czy on… jest…
                - Człowiekiem? Nie. Ale to teraz nieważne. Bez mojego polecenia nic nie zrobi. Wracając… wiesz coś jeszcze?
                - Ja… w kopercie było coś jeszcze.
                - Niech zgadnę: czarne, długie pióro?
                - Tak… Skąd? – spytała, ale dziewczyna ją uciszyła.
                - Sebastian – mruknęła.
                Wokół lokaja zaczął pojawiać się ciemny dym, a w powietrzu latały czarne pióra. Dziewiętnastolatka złapała jedno i wszystko wróciło do normy.
                - Czy wyglądało podobnie do tego?
                Kate była jak posąg. Patrzyła ze strachem to na demona, to na nią. Kiwnęła lekko głową. Mai klasnęła w ręce.
                - Tak jak myślałam. Cóż, wybacz, ale nie mogę pozwolić ci żyć. Zadarłaś ze mną, odgadłaś nasz sekret i działałaś pod dowództwem naszego wroga. A to wymaga kary.
                Kobieta zaszlochała cicho. Kamerdyner podał jej kartkę papieru i długopis.
                - Napisz swoją ostatnią wolę, testament, co chcesz.
                Płacząc cicho, skrobała długopisem po papierze, zostawiając swoje ostatnie myśli światu. Po chwili wyprostowała się.
                - Błagam, ja..
                - Dość – przerwała jej. Wzięła do ręki kartkę i podała ją Sebastianowi. Ten wyszedł z pomieszczenia. Blondynka patrzyła na dziewczynę, gdy ta kończyła deser. Dopiła do końca herbatę i wstała. Wyciągnęła z kieszeni małą fiokę z przeźroczystym płynem. Potem wzięła naczynia i wyszła.


                Następnego dnia, Mai obudziła się dość późno. Była sobota, godzina dziesiąta. Poprzedniej nocy przygotowywała rzeczy, które wykorzysta przy najbliższej konfrontacji. Sebastian nie przyszedł jej obudzić. Od wczorajszego przesłuchania nie widziała go ani razu. W końcu będzie musiał do niej przyjść.
                Jak na zawołanie, lokaj zapukał do drzwi.
                - Wejdź.
                - Witam, panienko. Przyniosłem panience śniadanie – oznajmił, kładąc jej stolik na kolanach.
                Dziewczyna spojrzała na demona podejrzliwie. Ten uklęknął i spuścił głowę.
                - Chciałbym również prosić o wybaczenie. Moje wczorajsze zachowanie było nie do pomyślenia.
                - Wstań – powiedziała po chwili ciszy. – Takie zachowanie wymaga kary.
                - Wiem, pani. Co mogę zrobić, by zadośćuczynić…
                - Podejdź – przerwała mu.
                Kiedy stanął przy łóżku, złapała go za krawat i przyciągnęła do siebie. Zaskoczony, Sebastian pochylił się nad nią tak, że ich twarze dzieliło kilka centymetrów. Mai wpatrywała się w jego oczy. Po chwili milczenia puściła materiał i odsunęła się.
                - Twoja kara trwa już od dawna. Dłużej, niż myślisz – mruknęła i zaczęła jeść.
                Lokaj stał jeszcze przez chwilę nieruchomo, a potem skłonił się i wyszedł.

                Co to miało być? I co dziewczyna miała na myśli? Jej słowa wzbudziły niepokój w demonie. Choć bardziej niż niepokój, odczuwał zainteresowanie. Sprawy przyjmowały coraz ciekawszy obrót. Nie mógł doczekać się dzisiejszej nocy.  

                Wieczorem, godzinę po kolacji, Mai napełniła niewielki plecak potrzebnymi rzeczami i przebrała się w wygodne, nie krępujące ruchów ubrania. Potem zaczęła chować broń w różne zakamarki. W nogawkę, do buta, we włosy… Gdy była gotowa, chwyciła bluzę z kapturem i zarzuciła torbę na plecy. Zeszła na dół, gdzie już czekał na nią Sebastian.
                - Czy jest panienka gotowa? – spytał.

                Kiwnęła głową. Zabawę czas zacząć. 

~~*~~

                Akcja zaczyna się rozkręcać :D Mam nadzieję, że rozdział Wam się spodobał ^^ Kolejne będą ciekawsze, więc wytrzymajcie, proszę. 
                Dziękuje również wszystkim za komentarze, które dostaję pod każdym postem. Bardzo mnie motywują i zachęcają do wymyślania coraz to ciekawszych wątków. *Ściska mocno* <3

3 kwi 2015

XII

                Sebastian stał w kuchni i czekał aż ciasteczka skończą się piec. Była godzina jedenasta, a rozkoszny zapach rozchodził się po całej rezydencji. Dzisiaj zdecydował się kakaowe markizy z kremem truskawkowym. Udało mu się poprzedniego dnia znaleźć świeże, sprowadzane owoce, na co jego pani zareagowała niemałym jak na nią entuzjazmem. Przyda jej się trochę witamin. Ostatnio jej organizm był dość często nadwyrężany.
                Wyciągnął gorącą blachę z pieca i przyjrzał się krytycznie każdemu ciastku. Idealne. Odłożył je na kratkę, by wystygły. Potem obficie pokrył je z jednej strony kremem i złożył w „kanapki”. Poukładał je na talerzu, ozdabiając świeżymi truskawkami. Deser gotowy. Do tego zaparzył herbatę miętową i ustawił na srebrnej tacy.
                Ruszył po schodach, kierując się w stronę biura pani. Zapukał do ciemnych drzwi.
                - Wejdź – usłyszał.
                - Przyniosłem panie… - urwał.
                Dziewczyna leżała na plecach po środku pokoju. Wpatrywała się w sufit, bawiąc końcówką warkocza. Lokaj, zaskoczony, przez chwilę wpatrywał się w Mai. Nigdy nie widział, by coś podobnego robiła.
                - Czemu panienka leży na podłodze? – spytał, gdy się już pozbierał.
                - Myślę – odparła krótko.
                Obszedł panią i postawił tacę na biurku. Potem westchnął głośno i wpatrywał się w dziewczynę. Szczerze, to czuł się dziwnie patrząc na nią w takiej pozycji. Jakby mu się oddawała, uznawała jego wyższość. Bezcelowe myśli, ale sprawiające przyjemność.
                - Czy to nowy poziom dedukowania, pani? – spytał lekko sarkastycznie.
                Mai odchyliła głowę, by rzucić mu zimne spojrzenie. Wstała zwinnie i stanęła naprzeciw demona. Przez chwilę patrzyła mu w oczy, po czym wyminęła go i chwyciła ciastko. Przeszył go przyjemny dreszcz. Powstrzymywał się przed rzuceniem na panią.
                - Opowiedz mi o nim – rozkazała po chwili milczenia.
                - O kim, pani?
                - Damien – odparła, siadając za biurkiem i biorąc filiżankę do ręki.
                - Cóż, znamy się od… wielu lat, jednak nie darzę go zbytnią sympatią.
                - Z wzajemnością?
                - Nie ukrywając, Damien wini mnie za coś, co się stało w przeszłości. Kilka razy próbował się zemścić, jednak od kilku stuleci o nim nie słyszałem – powiedział.
                - I tak oto zagadka została rozwiązana – mruknęła Mai i upiła łyk herbaty.
                - Tak? – spytał lokaj.
                - Tak.
                Chwila milczenia.
                - Czy zechce panienka wyjaśnić mi, jakie jest rozwiązanie? – ukłonił się lekko.
                - Za chwilę. Najpierw muszę wykonać jeden telefon.
                Wyciągnęła komórkę z szuflady biurka i znalazła w kontaktach szukany numer.
                - Halo? – odezwał się znany męski głos.
                - Cześć Leo, tu Mai.
                - O, hej! Coś się stało? – spytał.
                Prawda… nigdy do niego nie dzwoniła bez powodu. Bo po co?
                - Chciałabym cię prosić o przysługę.
                - Jaką? – stał się poważniejszy. Prawdziwy śledczy.
                - Czy mógłbyś mi przynieść jeden z dowodów w sprawie ostatnich morderstw?
                - No nie wiem, to wbrew procedurom. A do czego jest ci potrzebny?
                - Muszę coś sprawdzić. Może dzięki temu rozwiążę sprawę. Chodzi o pióro, które znaleziono na miejscu zbrodni – powiedziała, zerkając na Sebastiana. Ten uśmiechał się lekko.
                - Zobaczę, co da się zrobić.
                - Dzięki.
                - Do usług, partnerko – powiedział i rozłączył się.  
               
                - Więc…? – przeciągnął lokaj.
                - Proste. Damien próbuje się na tobie zemścić poprzez mnie; obecnie twoją jedyną i największą słabość. I robi to w sposób doprawdy prostacki.
                Lokaj uśmiechnął się tylko szerzej, nie odzywając się.
                - Chciał zwrócić moją uwagę. A jak zrobić to lepiej niż poprzez morderstwo? Wynalazł sobie naiwnego i dość wpływowego człowieka, by wykonał zadanie i  pozostawił dostateczną ilość poszlak do rozwiązania zagadki, ale jednocześnie na tyle mało, by sprawa trafiła do mnie. Wizytówka, kosze na śmieci. To musiał wymyślić Johnson. Elementy nie trzymają się całości. Każdy głupi oglądający zwykłe kryminały stwierdziłby, że zorganizował to amator. Kolejnym razem dopilnował, byśmy wpadli na właściwy trop. Nie wiem, czy uważa mnie za tępą, czy niedorozwiniętą umysłowo, ale dzięki jego „wskazówce” zapędził się w kozi róg – powiedziała.
                Była zirytowana tym wyzwaniem. Widać było, że demon patrzył na ludzi jak na bezrozumne istoty.
                „To się zdziwi” pomyślała dziewczyna.
                - Myślał,  że stworzenie, które opętało Leo mnie zabije lub chociaż odciągnie nas od prawdy.
                - Jednak nie docenił cię, pani – dokończył Sebastian.
                - Wy, demony, lekceważycie ludzi. To wasz największy błąd. W swoim czasie te słabe, głupie istotki dadzą wam o sobie znać – odparła sucho Mai, patrząc lokajowi prosto w oczy.

                Jego tęczówki błysnęły krótko czerwienią. Trafiła w sedno. Sam uważał, że ludzie są słabi i głupi, jednak byli również interesujący. A niektórzy z ich gatunku byli niezwykli. Tak jak jego pani. Czasem myślał, jakby wyglądało jej życie jako demona. Spotkanie jej w takiej postaci byłoby na pewno… ciekawym przeżyciem.
                - Tak, moja pani – powiedział, kłaniając się. Ciekawe, jaki miałaby wyraz oczu, gdyby słyszała jego myśli.
                - Nie wyobrażaj sobie zbyt wiele – usłyszał.
                Podniósł zaskoczony głowę, przez moment myśląc, że naprawdę zajrzała mu w umysł. Dziewczyna jednak patrzyła tylko na niego sucho.
                - Masz wszystko wypisane na twarzy, demonie. Panuj nad sobą.
                Znów się skłonił. Nawet nie wiedziała, jakie to było trudne…

                Około godziny czternastej, Mai siedziała w kawiarni i popijała kremowe cappuccino. Nagle do stolika dosiadł się blondyn.
                - Zdobyłem, co chciałaś – szepnął i podał jej pod stołem kopertę. Schowała ją do torebki i upiła mały łyk gorącego napoju.
                - Dziękuję.
                - Mówiłem, do usług. Przynajmniej wypiję z tobą kawę – uśmiechnął się. Podniósł dłoń, a gdy podeszła kelnerka, zamówił espresso. Mai patrzyła na niego znad krawędzi filiżanki.      
                - Więc, wpadłaś na coś? – spytał.
                - Nic, czego można być stuprocentowo pewnym – kluczyła. Była to prawda. Nie wiedziała paru rzeczy. Unikała kłamstw. Brzydziła się nimi.
                - Hmmm, a uchylisz rąbka tajemnicy? – drążył.
                Westchnęła.
                - To musiało być zlecone morderstwo. Teraz tylko muszę się dowiedzieć, kto pociąga za sznurki – ucięła temat.
                - Jak chcesz… Tylko nie wplątaj się w żadne kłopoty. Jak coś ci się  stanie, szef mnie zabije.
                - Tak, tak – mruknęła. – Nadal masz bóle głowy? – zmieniła temat.
                - Co? Ah, czasem.. powoli słabną, ale nadal mam jakieś dziwne przebłyski – powiedział.
                - Na pewno nie chcesz iść do lekarza? – spytała. W końcu to przez nią.
                - Nie, spokojnie. Nic mi nie jest. To pewnie szok po tamtym ataku. Chciałbym sobie to przypomnieć – odparł cicho.
                - Nie jestem tego taka pewna… - szepnęła Mai.
                Kazała Sebastianowi zmodyfikować wspomnienia śledczemu. Stanowił zbyt wielkie niebezpieczeństwo, by móc go puścić wolno.
                - Nieważne. Słyszałaś może o…

                Rozmawiali jeszcze przez około godzinę. Potem wyszli i ruszyli w kierunku centrum. Tam miał na nią czekać Sebastian, by odwieźć ją do domu. Gdy dotarli na prawie pusty, brukowany parking, lokaj stał koło auta i patrzył na dziewczynę z zagadkowym uśmiechem. Mai zatrzymała się parę kroków przez lokajem.
                - Co ty…? – spytała, ale nie dokończyła.

                Bowiem ten pociągnął ją na ziemię, a w powietrzu rozległ się huk wystrzału.


~~*~~ 


                 I tak oto macie kolejny, obiecany rozdział ^^ Jest  trochę krótszy, ale jest to zamierzone, gdyż chciałam skończyć zanim cała akcja się rozwinie :3  
                Mam nadzieję, że jak dotąd Wam się podobało i nie nienawidzicie mnie za nudę czającą się między wydarzeniami xD (i tym, że dużo tu strzelanin :P)
                Od teraz postaram się, by kolejne rozdziały pojawiały się we wtorki i piątki (lub soboty x.x). Będę dodawać je późnym wieczorem, więc nie martwcie się, kiedy o 21 nic nie będzie :> 
               Czekam z niecierpliwościa na komentarze i Wasze pomysły, co będzie się działo dalej ^^ 

Życzę Wam wszystkim Wesołych Świąt, smacznego jajka oraz miłej, rodzinnej atmosfery!  ^^ 

31 mar 2015

XI

                - Mhm, bardzo – mruknęła obojętnie, dalej patrząc się w okno.
                Chłopak westchnął.
                - Pracuję tu już od dwóch lat i ani razu nie widziałem, żebyś się uśmiechnęła. To jest lekko przerażające, wiesz?
                Nie odpowiedziała.
                - A może naprawdę ci się podobam? - uśmiechnął się łobuzersko.
                - Zawsze – odparła sarkastycznie.
                Aaron zaśmiał się. Przyjemny dźwięk.
                - Może się nie śmiejesz, ale sama jesteś zabawna. Chciałbym kiedyś cię zobaczyć bez towarzystwa piekielnie dobrego lokaja. Założę się, że teraz podsłuchuje pod drzwiami. Potem będzie ci robił wywody jak to powinnaś się zachować.
                Mai odwróciła twarz, by ukryć ledwo zauważalny uśmiech. Trafił w sedno.
                - Oooo, czyżbym wywołał na twojej twarzy uśmiech? Zwycięstwo! Teraz musisz dać mi coś w zamian! – powiedział.
                - Możesz pomarzyć – odparła dziewczyna, powracając do rzeczywistości.
                Za każdym razem, gdy rozmawiała z Aaronem, przebieg ich konwersacji przebiegał podobnie. Od ogrodu, przed żarty i docinki, po „flirt” i znów do docinków. Aż do znudzenia.
                - Hahaha, twarda jesteś. 
                Nagle Sebastian zapukał do drzwi.
                - Wejdź.
                - Przepraszam, że przeszkadzam w rozmowie, ale za pół godziny przyjedzie panienki gość – powiedział i skłonił się z ręką na piersi.
                - To ja w takim razie będę się już zbierać – mężczyzna wstał, odstawiając pusty kubek na stół. – Dziękuję za herbatę i gościnę. Wpadnę za tydzień.
                Już mijał lokaja w drzwiach, ale obejrzał się za siebie i z szerokim uśmiechem powiedział do niej:
                - Zadzwoń w sprawie zadośćuczynienia. Znasz mój numer.
                - Nie czekaj za długo – odparła chłodno. Chłopak zaśmiał się.
                - Do zobaczenia!

                - Doprawdy, bezczelność tego człowieka nie zna granic – mruczał demon, idąc za Mai jak cień do jej pokoju.
                - Wiem – powiedziała i zatrzasnęła mu drzwi przed nosem. Maruda.
                Wyciągnęła czerwoną obcisłą sukienkę z wcięciem do połowy uda i głębokim dekoltem. Nie w jej stylu, ale skąpa sukienka i wysportowane ciało nieraz pomogły jej w interesach. Faceci to świnie. Tak mawiał jej brat. Otrząsnęła się. Nie miała zamiaru o nim myśleć.
                Zaczęła się ubierać. Założyła czarne szpilki i narzutę na ramiona. Umalowała się i obejrzała cała w lustrze. Powinno być dobrze.
                Otworzyła drzwi, by wyjść z pokoju. W wejściu stał Sebastian. Otaksował ją wzrokiem, zachowując kamienny wyraz twarzy.
                - Wygląda panienka… przepięknie – powiedział.
                - Nie kłam. Wyglądam jak prostytutka. O to chodzi – odparła. Lokaj uśmiechnął się lekko.
                - Panienka ma o wiele lepszy gust. Poczułem jednak chęć, by skomentować panienki kreację – ukłonił się lekko.
                Dziewczyna wywróciła oczami. Ruszyła korytarzem.
                - Wszystko gotowe?
                - Oczywiście. Tak jak panienka chciała – odparł demon schodząc za nią po schodach.
                W tej samej chwili, gdy dotarli na sam dół, zadzwonił dzwonek. Sebastian poszedł otworzyć drzwi, a Mai poszła za nim, by przywitać gościa.
                W wejściu stał niski, otyły mężczyzna po sześćdziesiątce. Rzadkie włosy, obwisłe policzki i małe, chytre oczy nadawały mu nieprzyjemny wygląd.
                Obejrzał dziewczynę od stóp do głów i przetarł spocone czoło bawełnianą chustką. Oblech.
                - Witam, panie Johnson. Miło pana poznać. Jestem Mai Word – powiedziała, byle tylko przestał ją pożerać wzrokiem. Przebranie działało aż za dobrze.
                - Dzień dobry, a raczej dobry wieczór, pani Word. Dziękuję serdecznie za zaproszenie mnie do pani rezydencji – sapnął mężczyzna, czerwieniąc się lekko.
                Sebastian zaprosił go do środka i pomógł pozbyć się wierzchniego okrycia. Potem zaprowadził ich do salonu gościnnego i podał herbatę oraz ciastka. Dziewczyna chwyciła filiżankę.
                - Ekhem – chrząknął Johnson. – Tak więc… w jakiej sprawie mnie pani tu wezwała? – spytał nieco niespokojnie, co chwilę zerkając na jej dekolt. Odkąd wszedł do rezydencji, nie spuszczał z niej wzroku.
                - Cóż, nie ukrywam, że miałam ku temu pewien cel.
                - W to nie wątpię – odparł.
                Nastała chwila niezręcznej ciszy. Mężczyzna sięgnął po ciastko.
                - Steve Johnson. Lat sześćdziesiąt trzy, urodzony w Kanadzie dnia dwudziestego trzeciego września – zaczęła Mai. – Biznesmen powoli upadającej firmy Johnson’s Inc. Rozwiedziony, ma trzydziestoletniego syna Carla, który odziedziczy po nim spółkę. Kocha pieniądze i ładne, młode kobiety, nienawidzi porażek i kiedy ktoś mu w chodzi w drogę. Bezwzględny wilk w owczej skórze. Mylę się? – spytała lekko.
                Johnson spiął się i zaczął wstawać, ale zimny wzrok dziewczyny go powstrzymał. Zamiast tego, poczerwieniał na pulchnej twarzy i wykrzyknął:
                - Jak śmiesz! Nie będę znosił obrażania mnie!
                - Ależ to nie była obraza. Jedynie szczera prawda.
                - Nawet jeśli, to skąd miałaby  p a n i  takie informacje? – spytał ostro.
                - Mam swoje źródła. Jednak nie zaprosiłam tu pana po to, by o tym rozmawiać. Po prostu lubię być… przygotowana – mruknęła przymykając oczy i upijając łyk herbaty z filiżanki. Czarna. Nie pasuje do biszkoptów.
                - W takim razie dlaczego miałem tu przybyć?
                - Mam do pana parę pytań.
                - O co? – spytał.
                - Powoli, wszystko po kolei – uspokoiła go lekko marszcząc nos. Był irytujący i śmierdział potem. Miała go serdecznie dość, lecz dalej prowadziła swoją grę.
                - Jeśli myślisz, że będę… - zaczął, ale mu przerwała.
                - Proszę, by pan się uspokoił i czekał aż skończę. Na razie jestem jeszcze miła.
                Zamilkł. Atmosfera w pokoju zrobiła się ciężka od zniecierpliwienia i strachu. Mai napawała się przerażeniem w jego oczach.
                - Pytanie pierwsze: Czy wierzy pan w istoty nadprzyrodzone?
                - Hę? – mruknął zaskoczony Johnson – Duchy, zjawi i tym podobne?
                - Nie tylko. Czy wierzy pan w duchy, anioły, demony, Boga, Diabła i wszystkie im bliskie? – spytała, rzucając mu puste spojrzenie przez rzęsy.
                - Ja.. nie wiem, raczej nie – odparł. Był zdenerwowany, miętosił chustkę, którą co jakiś czas przecierał czoło.
                - Hmm… załóżmy, że panu wierzę. Tak więc kolejne pytanie brzmi: W co pan wierzy?
                - Dlaczego musze odpowiadać na te śmieszne pytania?! – wykrzyknął nagle.
                - Bo jest pan pod moim dachem, a tu niczego nie można być pewnym… - mruknęła cicho.
                - Czy to ma być groźba?! Zaraz zadzwonię na policję! – zaczął grzebać po kieszeniach.
                Gdy nie znalazł w nich komórki, spojrzał na nią wściekle.
                - Złodziejka! Oddawaj mój telefon! Wynoszę się z tego domu!
                - Nic panu nie ukradłam. A nie wyjdzie pan, dopóki na to nie pozwolę.
                Ruszył do drzwi i szarpnął za klamkę. Zamknięte. Podszedł do okna, jednak gdy odsłonił zasłony, okazało się, że były zakratowane. Rozglądał się w panice za drogą ucieczki, ale jej nie znalazł.
               Wtedy jego wzrok padł na dziewczynę, która spokojnie siedziała na kanapie, sącząc herbatę. Rzucił się na nią rozpaczliwie. Jednak jego dłonie zamiast na jej gardle, zacisnęły się w powietrzu. Poczuł silne kopnięcie w brzuch i uderzenie w kark. Pod wpływem fali bólu, upadł na podłogę. Próbował się podnieść, ale obcas dziewczyny boleśnie wbił mu się w kręgosłup.
                Odwrócił głowę, by na nią spojrzeć. Rozcięcie w sukni ukazywało smukłą nogę dziewczyny, gdy torturowała go butem. Pochyliła się nad nim i przycisnęła krótki sztylet do gardła. Nie wiedział skąd go nagle wzięła, ale zamarł czując, jak strużka krwi spływa mu po skórze.
                - Myślę, że powinieneś być milszy. Zwłaszcza dla osoby, która w każdej chwili może zabić taką świnię jak ty. Rozumiemy się?
                Kiwnął głową, starając się odsunąć głowę od ostrza.  Mai jednak tylko mocniej je przycisnęła do gardła skomlącego mężczyzny.
                - Wiem, że układasz się z demonem – mruczała mu cicho do ucha.
                - Skąd …
                - Mówiłam, że lubię być dobrze poinformowana. Mam tylko jedno pytanie: Jak nazywa się ten nieszczęśnik, który z tobą współpracuje?
                - Nie mogę powiedzieć… zabije mnie – wycharczał.
                - A myślisz, że ja tego nie zrobię? – spytała cicho.
                - I tak się mnie pozbędziesz. On będzie mnie torturował, aż skonam. A potem zniszczy moją duszę. To jest gorsze niż to, co ty możesz mi zrobić.
                - W takim razy masz niekompletne informacje. Sebastian.
                Nie musiała podnosić głosu, by ją usłyszał. Wezwany wszedł do pokoju i skłonił się z lekkim uśmiechem.
                - W czym mogę pomóc, pani?
                - Nasz gość poczęstował się ciasteczkami zrobionymi przez ciebie… Czas mu chyba zdradzić przepis.
                - Ach tak. To moja nowa specjalność. Biszkopty nadziewane specjalną substancją… napojem  powodującym potworny ból u osoby, która poczuje jakikolwiek kwiatowy zapach. Dzisiejsza technologia jest zaprawdę niezwykła – powiedział z niemałą dumą.
                - Czy zechciałbyś, więc, przynieść nasz prezent dla pana Johnsona? – spytała.
                - Z wielką chęcią, pani.    
                Mężczyzna patrzył tylko z osłupieniem na Sebastiana, gdy wychodził z pomieszczenia.
                - Przecież on... jak mogłem nie zauważyć? – szepnął cicho przerażony.
                Po krótkiej chwili, lokaj wrócił z czerwoną azalią pod szklanym kloszem.
                - Masz ostatnią szansę. Jak nazywa się ten demon? – spytała Mai.
                - Nie powiem – odparł nie odrywając wzroku od przedmiotu trzymanego przez kamerdynera.              
                Dziewczyna spojrzała na służącego, a ten uklęknął przed twarzą Johnsona i uniósł pokrywę. Po pokoju rozległ się intensywny zapach kwiatu, a mężczyzną zaczęły targać konwulsje. Krzyczał, trzymając się za twarz. Mai odskoczyła, by nie uderzył jej łokciem.
                - Weźcie to! Zabierzcie to ode mnie! – wrzeszczał.
                Tarzał się po ziemi, uderzając o nogi stołu i kanapę. Próbował zatkać nos, jednak to nie działało. Ból, który sprawiał, że płonęła mu twarz, nie chciał ustąpić.
                - Odpowiedz na pytanie.
                - Damien! Nazywa się Damien!  

                Na znak Mai, Sebastian odłożył kwiat i jednym wprawnym ruchem skręcił mężczyźnie kark. 


~~*~~


                W końcu na czas! :D Mam nadzieję, że ten rozdział się Wam spodobał. Poprzednio pisaliście, że robi się coraz ciekawiej i czekacie na ciąg dalszy. Myślę, że to tylko zaostrzy Wasz głód xDD (ja zła >:3)
                Piszcie śmiało w komentarzach, co myślicie i co chcialibyście zobaczyć w kolejnych rozdziałach! ^^